Gorące tematy: Po wyborach Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
94 posty 621 komentarzy

Moje komentarze

  • ...
    Zażydzony MSZ III RP wysługuje się swoim panom nie tylko na kierunku chińskim, rosyjskim czy irańskim (że o ukraińskim czy białoruskim nawet nie wspomnę), ale robił to też w odległej Wenezueli. W 2012 r., w trakcie trwania tam kampanii przed wyborami prezydenckimi, wenezuelska telewizja państwowa nagrała materiał, jak przeciwny Chavezowi kandydat Syjonu, niejaki Radonski (Żyd z pochodzenia), jest wożony na wiece wyborcze przez limuzynę ambasady RP.
    https://www.dailymotion.com/video/xu09yb
    Polski MSZ na straży interesów USA w Chinach
  • ...
    Do ministra Tchórzewskiego…

    Tak chciałem zacząć ten artykuł przed kilkunastu dniami: nikt w Polsce nie broni górnictwa węgla kamiennego, związkowcy robią to nieudolnie, a Ministerstwo Energii jest jakieś takie ciche, potulne i jakby oderwane od rzeczywistości.

    Nieszczęsny kraj, Premier ma czas na branie udziału w uroczystościach poświęconych gminnej straży pożarnej, Prezydent wypowiada się o stadzie bezdomnych krów… ludzie, czym wy się zajmujecie? Odważnych brak, ludzi decyzyjnych brak, brak wizji, brak strategii – ale Pan Premier Morawiecki wrócił z Brukseli „z tarczą” więc jednak gratuluję wykonania kroku w dobrą stronę. Da się! Po prawie czterech latach marazmu w gospodarce wreszcie dobry krok. Ale to za mało.

    Polska ma jako jedyna w UE potężne zasoby węgla kamiennego, które sięgają od Wałbrzycha, przez Tarnów aż do Lublina. Są one dobrze rozpoznane i różnie szacowane, ocenia się je na ponad 20 miliardów ton (a nawet 40 mld ton). Wartość rynkowa tego surowca to na dziś 1, 4 biliona USD, z grubsza jakieś 5 bilionów złotych, a więc mamy skarb pod nogami i co? … ano nic. W Polsce panuje moda na wstydzenie się z posiadania węgla – Rosjanie i Amerykanie się nie wstydzą, Kolumbijczycy też nie, nie wstydzi się ani Australia, ani RPA, ani Indonezja. Wydobywają i eksportują. Wartość tego surowca w Polsce przewyższa nasz dług narodowy! Trwamy w marazmie i braku koncepcji.

    Mamy szansę na zagospodarowanie tych 5 bilionów złotych i nic się nie dzieje. Pora na odrobinę propagandy branżowej, na zerwanie raz na zawsze z obowiązującą zasadą politycznej poprawności: o węglu wcale, a jeśli to negatywnie. Czego się Pan obawia Panie Ministrze? Związkowcy pomogą, branżowe firmy także, kontrolowane przez Pana polityczne ugrupowanie media mogą z łatwością zainteresować społeczeństwo tym tematem, wręcz pójść w kierunku debaty narodowej i dobrze pojętego businessu. Państwo też może zarabiać, to[EHT1] żaden wstyd, a że na węglu?... a na broni?... na alkoholu?... na papierosach? Politycy wolą opowiadać o dotacjach czy zapomogach, bo to łatwe, a tu leży 5 bilionów zł do uruchomienia i jakoś temat przerasta wszystkich, na to nie ma czasu – o to mam do Pana pierwszą pretensję. Zostawiliście temat odłogiem i wyłącznie lewaccy półidioci wypowiadają się w mediach o szkodliwości spalania węgla – gazu nie, mazutu nie, benzyny nie!

    Ze wszystkich paliw kopalnych na świecie najwięcej jest węgla: aż 75 procent (w tym wliczono gaz, ropę, uran). Nikt tego nie neguje, bo geologii trudno zaprzeczyć, nawet w Kosmosie właśnie węgiel jest podstawowym pierwiastkiem i odznacza się pięknym fioletowym kolorem. Węgiel jest tani, nie wymaga rurociągów do transportu, nie wymaga zbiorników ciśnieniowych, można go składować pod gołym niebem i nie wybucha – jak to ma miejsce co jakiś czas u użytkowników gazu. Oczywiście tlenkiem węgla można się zatruć tak jak i pitym denaturatem, ale co z tego? Co najciekawsze, symulacje budowy w Polsce prywatnej kopalni zasilającej równie prywatną elektrownię węglową wykazują koszt pozyskania 1 MWh w wysokości 8 Euro (bez taks, bez kar za CO2 – o czym za chwilę). Na żadnym innym paliwie nie uzyska się tak niskiej ceny MWh.

    Rachunki są elementarnie proste: cena wydobycia 1 tony w górnictwie prywatnym: 88 zł, produkcja 1 MWh: 278 kg węgla (Hitachi/Siemens) czyli 24,5 zł. Dorzućmy koszt i zysk grupy Kopalnia-Elektrownia: 40 % i mamy 34 zł = 8 E. To jest główny powód Panie Ministrze dla którego Unia Europejska chce się pozbyć polskiego górnictwa. Oni doskonale wiedzą, że jeśli w Polsce prywatna branża węglowa stanie na nogi to natychmiast powstaną też elektrownie prywatne i Polska stanie się potentatem w produkcji taniej energii elektrycznej. Energia pozyskana z gazu i ropy jest sześciokrotnie droższa, a ta rzekomo czysta, ta jądrowa, ta Pana ulubiona, jest tak tania, że he, he, Francja jest w czołówce europejskich cen za energię. Fotovoltaika nie działa w nocy i trzeba by kraj cały pokryć panelami, a wiatraczki bez dotacji z budżetu też się nie opłacają. Zebrani więc do kupy „zieloni”, ci od gazu i ci od atomu przygotowują przedpole aby zatłuc konkurenta czyli energetykę węglową, a to najłatwiej się robi poprzez wytłumienie działalności górniczej. Coś Panowie Ministrowie robicie z tym w UE? Odważacie się na jakąkolwiek akcję? Czy w ogóle potraficie stworzyć model energetyki na paliwie narodowym? A może oddajecie walkowerem ten mecz, mecz o własną energetykę na własnym paliwie? Jest to druga pretensja – brak koncepcji, choć ogólna postawa Premiera Morawieckiego jest tu światełkiem w tunelu.

    Teraz pora na klimat i bzdury o CO2. (Też brak reakcji ze strony Ministerstw Środowiska, Energii, Premiera, Prezydenta). Wygląda wręcz, że wierzycie Panowie w walkę z ociepleniem. Pierwszy połapał się Donald Trump, człowiek o zupełnie średnim IQ. Z biegu wypisał się z Porozumienia Paryskiego, bo ewidentnie było ono nastawione na łupienie amerykańskiego podatnika. Kary za emisję CO2 są daniną umyślną i skierowaną na zabicie polskiej energetyki węglowej. Ten, kto złożył podpis na dyrektywie o CO2 i jej karach umownych ze strony Polski powinien być rozstrzelany… jest to kradzież zuchwała. (Wkrótce też uaktywniła się kobieta wyjątkowo tępa (E. Kopacz) i usłużnie sprzedała za grosze prawa do nadwyżki emisyjnej Hiszpanom… Nieszczęsny kraj! – jak mawiał Książę w „Lalce”).

    Ociepla się – zgoda nikt tego nie może zanegować. Ale nie przypisujmy tego faktu działalności przemysłowej człowieka i spalaniu paliw kopalnych. Nie bądźmy aż tak dufni, żeby uważać, że człowiek potrafi zmienić klimat na Ziemi! Klimat zależy głównie od pozycji naszej planety w układzie słonecznym, jej odległości od Słońca (wcale nie stałej) i jeszcze od pewnych zmian magnetycznych naszego płynnego jądra ziemskiego. Pogadanka z rozgarniętym astronomem byłaby tu ciekawym lekarstwem na te wmawiane społeczeństwu cygaństwa. Toż na Wenus temperatura sięga nawet + 460 st. C – bo Wenus jest bliżej Słońca od Ziemi, a na Marsie spada do – 133 st. C bo Mars jest dalej od Słońca niż Ziemia. Pytam więc: czy to wskutek działalności człowieka czy też wskutek odległości tych planet od Słońca?

    Zresztą wulkany produkują znacznie więcej CO2 niż przemysł ludzką ręką uczyniony i jest to bezcenne dobrodziejstwo dla flory, w tym alg oceanicznych. Bez obecności CO2 życie przestałoby istnieć. Od setek tysięcy lat mamy cykliczne zlodowacenia i okresy pustynnienia całych obszarów na Ziemi, przypomnę, że w średniowieczu bywało, że Bałtyk zamarzał, ale było i tak, że w Polsce produkowano wino (Winnica, Winniczki itp.). Jedynym winowajcą w tym „podgrzewaniu klimatu” stał się węgiel, ale trwa o dziwo milczenie na temat energetyki jądrowej – czyżby były to procesy endotermiczne? Trwa milczenie na temat spalania gazu i mazutu, wreszcie benzyny. Jeszcze niedawno straszono narody dziurą ozonową, gorszą od terroryzmu. Poszły na to miliardy i co? Ktoś przeprosił? Obwiniam Pana Ministra o brak reakcji. TVP poświęca psom ze schroniska czas antenowy, a sprawy ważne nie istnieją. Przy okazji proszę o zapamiętanie faktu, o którym nikt w UE nie chce wiedzieć. Otóż największym emitentem CO2 na świecie, w przeliczeniu na powierzchnię państwa lub na liczbę jego mieszkańców są NIEMCY, daleko przed Chinami i USA.

    Emisja CO2 Niemcy: 2 272 kg/km2, 9,8 kg/mieszkańca; USA: 281 kg/km2, 8,5 kg/mieszkańca; Chiny: 943 kg/km2,7 kg/mieszkańca. Nie ma to zresztą znaczenia, jak i to, że w Paryżu i na jego obrzeżach działa sześć central węglowych do produkcji ciepłej wody i są one, o zgrozo!, węglowe! Po prostu spalanie odbywa się sposób czysty (kotły fluidalne) i niska emisja jest niezauważalna. Taniej się nie da, a Francuzi potrafią liczyć.

    Energetyka jądrowa jest chyba Pana ulubionym tematem, bo od czasu do czasu wypuszcza Pan taki mały balon próbny (sprawa budowy elektrowni jądrowej jest już praktycznie przesądzona). Skoro tak to proszę o odpowiedź na kilka pytań: Ile kosztuje 1 MWh wyprodukowana ze wzbogaconego uranu? Pewnie jest to policzone, bo jak inaczej można by cokolwiek przesądzać? Z węglem jest prosto: koszt wydobycia x 278 kg na 1MWh plus koszt elektrowni i zaplanowany zysk. Czy mamy ew. zdywersyfikowanych dostawców tego paliwa? W węglu znowu to jest proste, ale z uranem może być zupełnie inaczej.

    Budowa bloku energetycznego na węgiel (1070 MWe) to około 1 miliarda E. Budowa takiego samego bloku w elektrowni jądrowej, to ile? Moje dane mówią o 10 miliardach E, czyli ekwiwalent 10 bloków węglowych. Jest oczywiste, że to się nie zwróci i Państwo Polskie musi dać gwarancję finansową z kieszeni podatnika, zechce Pan się do tego odnieść? Ale zaraz, po 30 latach trzeba taki zakład zamknąć, koszt likwidacji elektrowni węglowej spłaca się złomem z rozbiórki, koszt rozbiórki elektrowni jądrowej przekracza koszt jej budowy. Czy jestem w błędzie? Jeśli tak, to proszę o podanie źródła takiej wyceny (moje pochodzi ze środowisk związanych z EDF).

    We Francji istnieje ok. 1200 składowisk poprodukcyjnych, pochodzących z działających tam elektrowni jądrowych. Czy ma Pan już wytypowane gminy w Polsce, które przyjmą te sarkofagi i złożą je bezpiecznie i radośnie u siebie? Na razie nie ma z nich przecieków, ale czas połowicznego rozpadu to 150 tysięcy lat, może jednak w tym czasie coś się jednak rozszczelni – a może po prostu ma Pan nadzieję, że komuś to sprzedamy? A ile kosztuje budowa sarkofagów, ich transport i składowanie?

    W razie konfliktu zbrojnego zwykła rakieta wyrządzi w elektrowni węglowej szkody, ale po remoncie ta elektrownia znowu ruszy. W razie ataku na centralę jądrową będzie trzeba ewakuować pół Polski i zapomnieć o życiu w Bałtyku. Ja wiem, że dziś jest trudno komuś sprzedać centralę jądrową i trwa walka o klienta na najwyższym poziomie, w tym politycznym, ale dlaczego kosztem narodowego paliwa? Za darmo bym tego nie zainstalował u siebie mając węgiel pod nogami, czym więc jest nacechowane Pana rozumowanie? A może ktoś Panu wydał takie polecenie Panie Ministrze?

    Wreszcie chcę wyrazić satysfakcję, że nie ugina się Pan przed naciskami dotyczącymi importu węgla. Węgiel z importu zawsze wleje się tam gdzie wydobywa się go za drogo. Państwowe górnictwo agonizuje w swych głębinowych kopalniach, a zatrudnienie w nich jest rozdęte do absurdu. W efekcie wydobywa się nieco ponad 700 ton węgla na głowę zatrudnionego, a więc drogo! Projekcje kopalń prywatnych są zupełnie inne: 560 osób zatrudnionych, wydobycie upadowymi prawie 5000 ton na głowę pracującego, wysokie pensje (10 000 zł/m), niezwykle wysoka zyskowność. Sektor państwowy sam się skazuje na zagładę i nikt tego nie zatrzyma.

    Natomiast moja ostatnia pretensja jest natury matematycznej: Zaimportowaliśmy 18 mln ton węgla w 2018. Ma to wartość ok. 1 260 000 000 USD rocznie. Przecież jest to budżet pokrywający budowę kilku płytkich kopalń w Polsce ( 130 mln E najtańszy projekt, 480E mln najdroższy) i to skutecznie wypchnie import dając zatrudnienie tysiącom osób.

    Powie ktoś, że to kapitał prywatny importuje węgiel, że Państwo Polskie tu nie ingeruje i nie angażuje się finansowo. A czy Państwo nie może wraz z kapitałem prywatnym pójść kierunku budowy kopalń? Przy politycznym wsparciu nawet pieniądze nie są potrzebne, inwestorzy to sami załatwią, tylko czy tak w Polsce dzisiaj wolno? A jeśli nie wolno, to dlaczego? Cóż, za 15-20 lat znikną ostatnie państwowe kopalnie i będziemy importować węgiel siedząc na węglu. Mene, tekel, fares.

    Paweł Grudzień

    Myśl Polska, nr 31-32 (28.07-4.08.2019)
    http://mysl-polska.pl/1993
    Prof. Jaworowski w 2008 i 2009 r. o ideologii glociepu
  • I jeszcze jedna ciekawostka:
    Okazuje się, że siedziba PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie należała do izraelskiej spółki Metropol NH i właśnie została sprzedana jakiejś firmie hotelarskiej. PiS, który to skrót jest rozwijany jako Partia Interesów Syjonistycznych, nie tylko swoją polityką dowodzi, że jest agenturą Izraela, ale w sensie dosłownym siedziba tej partii była domeną spółki z tego azjatyckiego państwa.
    Trzeba być chyba ostatnim kretynem, by uznać, że sprzedaż siedziby PiS-u przez izraelskich Żydów akurat teraz, to zbieg okoliczności, a nie jedna z form nacisku na Kaczyńskiego i jego przybocznych, powiązana z kwestią 447.

    http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24786549,siedziba-pis-poszla-pod-mlotek-izraelska-spolka-sprzedala-budynek.html
    Jak PiS kupuje głosy
  • @Autor i Komentatorzy
    Ma ktoś może link do tego marszu z widokiem z drona albo z jakiegoś dachu?
    Marsz 11 maja 2019 – nowe PŁOWCE.
  • ...
    Plakat stary, ale nic nie stracił na swojej aktualności:
    https://i.imgur.com/kUGj3Fe.jpg

    A to na czasy dzisiejsze:
    https://i.imgur.com/46zw78e.jpg
    Jak PiS kupuje głosy
  • J. U. Niemcewicz „Rok 3333, czyli sen niesłychany"
    Warszawa to już Moszkopolis. Nie trzeba było czekać do roku 3333
    Polska w potrzasku i apel o jedność w działaniu.
  • ...
    W całym tym natłoku kalumnii mających na celu zohydzenie Polakom Kościoła, autor pominął jedną rzecz: to, do jakiej organizacji religijnej się należy to nie jest kwestia polityczna, ale od tego zależy los duszy człowieka w wieczności. Gdyby przez wieki naród polski nie był katolicki, tylko "prawosławny", to miliony Polaków które w tym okresie żyły, trafiałyby do piekła - tam, gdzie trafiają "prawosławni". Poza Kościołem Rzymskokatolickim nie ma zbawienia, a tzw. prawosławie to sekta polityczna stworzona do walki z tym pierwszym. Z kolei tzw. słowiańskość (panslawizm) to narzędzie imperializmu rosyjskiego i nie wiem, jak można jeszcze odgrzewać tego XIX-wiecznego kotleta.
    Nie było też nigdy rusko-słowiańsko-prawosławnej solidarności z nami Polakami, bo od początków państwa polskiego była wręcz kolaboracja rusko-germańska przeciw nam, powtarzająca się przez całe tysiąclecie kilkakrotnie, w tym dwukrotnie doprowadzając do unicestwienia naszej państwowości, a niewiele brakowało, że i bytu narodowego.
    Naród polski zawdzięcza swoje powstanie, jak i utrzymanie swej państwowości przez tysiąc lat oparciu się o Kościół Rzymskokatolicki (co nawet tacy zaciekli wrogowie naszego narodu, jak H. Himmler i H. Frank przyznawali), czy to się antykatolickim szowinistom podoba, czy nie. I nasz obecny upadek jest również związany z upadkiem Kościoła, będącym wynikiem żydomasońskiego przewrotu w jego łonie w latach 60. XX w. Remedium jest oparcie się na Tradycji i odbudowa na jej bazie Kościoła, a nie bredzenie o jakiejś "słowiańskości" będącej wg autora alternatywą dla Wiary danej nam przez Boga.
    Jestem zwolennikiem sojuszu z Rosją (i od lat go promuję w necie), ale właśnie dlatego, że uważam ten kraj za jedyny, obok Chin, zdolny obalić dominację USA/UE, bo z kolei uważam, że dopóki one dominują na świecie, odbudowa katolickiej Polski i ogólnie Christianitas nie będzie możliwa, a to dlatego, że USA/UE to polityczne narzędzia żydomasonerii. Na pewno nie poprę sojuszu z Rosją, gdy nie będę miał gwarancji, że umożliwi on odbudowę katolickiej Polski po obaleniu USA/UE. Mityczna "słowiańskość" jest dla mnie niczym.
    Autor pisząc taką notkę, jak ta, daje paliwo tubylczym globalistom, bo teraz będą mogli pokazywać na jej przykładzie, że zwolennicy sojuszu z Rosją to antykatoliccy szowiniści, a sami obłudnie pozować na katolików (którymi nie są).
    Co autor tej notki przez tyle lat robił na łamach portalu konserwatyzm.pl z takimi antykatolickimi poglądami? No chyba, że wspomniany portal tylko udaje katolicki.
    Polska chrześcijańska, ale jaka? – spojrzenie polityczne
  • ...
    Trzymanie złota w Londynie lub Nowym Jorku to prawdopodobnie obowiązek wasalny wynikający z naszej przynależności geopolitycznej do struktur Zachodu rządzonego przez żydowską oligarchię finansową ulokowaną głównie w świecie anglosaskim.
    Dlatego nie będzie żadnego ściągnięcia polskiego złota do kraju, co 2 lata temu wprost odpowiedziało posłowi Szramce z Kukiz '15 zarówno ministerstwo finansów jak i NBP:
    https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/polskie-zloto-nbp-bank-anglii-londyn-rezerwy,203,0,2271691.html
    To samo się tyczy rezerw walutowych, które są przechowywane w MFW w USA (na chwilę obecną 112 mld $).
    To jest narzędzie nacisku politycznego. Gdyby Polska chciała się wybić na niepodległość, to to złoto jak i rezerwy walutowe zostałyby nam ukradzione (co w ich nomenklaturze określa się "zamrożeniem"). Właśnie mieliśmy z czymś takim do czynienia wobec Wenezueli, której Bank Anglii odmówił zwrócenia jej złota).
    Jeszcze jedno niebezpieczeństwo to przekazanie przez UK i USA naszych rezerw, zarówno złota jak i walutowych, Żydom w ramach holo-haraczu.
    Ściągnąć z Anglii polskie złoto do Polski
  • @Jarek Ruszkiewicz SL 15:30:35
    Nazwę kanału na YT można zmieniać, ale skoro lipao45 pisze wyżej, że kanał nie jest już pod kontrolą NEonu, to temat jest zamknięty.
    Tygodniowy rozkład dyżurów adminów
  • ...
    Zniesienie wiz może być oznaką zapłaty Żydom wielomiliardowego holo-haraczu, jeśli wierzyć w to, co już lata temu pisał Tomasz Sommer, powołując się na anonimowego urzędnika MSZ.
    https://nczas.com/2011/01/10/jak-zwiazek-ma-gross-z-wizami-do-usa/
    Może być tak, że zapłacą haracz w tajemnicy przed nami, za pomocą rezerw walutowych NBP: ponad 112 mld $ w MFW w USA i 112 ton złota w Banku Anglii. USA "łaskawie" zniosą nam wizy, buractwo w Polin będzie skakać z radości podbechtywane do tego przez media, a w rzeczywistości będzie to oznaką, że reżim III RP oddał nasze rezerwy walutowe Żydom (o czym dowiemy się po niewczasie).
    Wybitne postacie Zachodu i co się po nich można spodziewać
  • Jutro (13-go lutego) będzie dobra okazja, żeby "odgrzać" kanał.
    Winnicki organizuje w Sejmie kontr-konferencję do tej antyirańskiej.
    //spiritolibero.neon24.pl/post/147672,konferencja-w-warszawie-wstyd-i-ponizenie#comment_1531665
    Gdyby ktoś, kto mieszka W-wie, poszedł i nagrał, a potem umieścił na kanale nieczynnym od 6 lat, to kanał na pewno na nowo zyskałby na popularności.
    Tygodniowy rozkład dyżurów adminów
  • ...
    Jutro poseł Winnicki organizuje w KneSejmie kontr-konferencję "Polska-Bliski Wschód: wczoraj, dziś i jutro"
    https://www.facebook.com/events/337278077112209/
    Konferencja w Warszawie - wstyd i poniżenie
  • Takie drobne pytanko:
    Dlaczego prowadzenie portalowego kanału na YT zostało zarzucone 6 lat temu?
    https://www.youtube.com/user/nowyekrantv/videos
    Przecież YT to świetna forma promocji portalu. Widzowie stamtąd trafiali tu.
    Tygodniowy rozkład dyżurów adminów
  • Prezydent Duda zaangażował się w rozmywanie prawdy o okrągłym stole - CzarnaLimuzyna, ekspedyt.org
    https://www.ekspedyt.org/2019/02/05/prezydent-duda-zaangazowal-sie-w-rozmywanie-prawdy-o-okraglym-stole/
    PiS kontynuuje tradycje KOR-u
  • @RAM 19:32:16
    Globalistyczne czuby chcą oprzeć planowaną światową walutę o CO2:
    http://podgrzybem.blogspot.com/2019/01/ekologizm-jako-narzedzie-globalnej.html
    Globalne ocieplenie jest mistyfikacją...
  • Dramat rodziny z Piaseczna
    Dramat rodziny z Piaseczna. Sąd odebrał rodzicom ośmioro dzieci. Podstawą – niesprawdzony donos.

    Wystarczył donos pracownika Ośrodka Pomocy Społecznej, potem jak informuje Ordo Iuris „łańcuch bezrefleksyjnych działań sądu i policji”. Milczeniem zbyto pozytywne opinie szkoły, psychologów i asystentów rodziny. W efekcie rodzicom z Piaseczna sąd odebrał łącznie ośmioro dzieci.

    Pełnomocnicy rodziny zapowiedzieli apelację od wyroku. Rodzina z Piaseczna przeżywa prawdziwy dramat. Już w 2017 r. odseparowano od rodziców szóstkę dzieci w wieku od 6 do 13 lat. Teraz sąd zdecydował o tym, że zostaną im odebrane również dziewięciomiesięczne bliźnięta jak donosi Ordo Iuris pomimo tego, że w ich sprawie nie przeprowadzono postępowania dowodowego, a sąd odwołał się wyłącznie do oceny Opiniodawczego Zespołu Sądowych Specjalistów.

    Sąd pominął opinię psychologiczną i zeznania świadków, w tym dwojga asystentów rodziny odwiedzających rodziców trzy razy w tygodniu, zeznania psychologów pracujących na co dzień z dziećmi. Sąd zarzucił rodzicom nadużywanie alkoholu, co nie zostało potwierdzone przez żadnego ze świadków oraz było sprzeczne z orzeczeniem specjalisty ds. uzależnień. Sąd oddalił także wniosek o wysłuchanie najstarszego dziecka 13 letniej córki, informuje Ordo Iuris.

    Asystent rodziny z ramienia Stowarzyszenia „Patronat”, Magdalena Strońska mówi, że odebrane dzieci tęsknią za rodzicami. Z rodziną pracujemy od półtora roku. Intensywność oraz regularność kontaktu jest podstawą do zweryfikowania faktycznej sytuacji rodziny oraz stworzenia rzetelnej diagnozy jej problemów i potrzeb. Jest to rodzina, która wymaga wsparcia, jednak dotychczasowa praca z nią nie potwierdza zastrzeżeń stawianych wobec ojca dzieci. Dzieci tęsknią za rodzicami, pytają, kiedy mogą wrócić do domu twierdzi Strońska.

    Ordo Iuris objęło rodzinę pomocą prawną w lipcu 2017 r. podczas postępowania o ograniczenie władzy rodzicielskiej. Szóstka dzieci została już wówczas tymczasowym postanowieniem sądu odebrana rodzicom. Prawnicy OI ustalili, że nikt dokładnie nie zbadał sytuacji rodziny z Piaseczna. Po kontakcie z rodziną prawnicy Ordo Iuris ustalili, że nikt dotąd nie zbadał dokładnie sytuacji rodziców i dzieci, a tragedia w postaci sądowego odebrania szóstki, a teraz ósemki, dzieci była następstwem łańcucha bezrefleksyjnych działań sądu i policji, pochopnie powielających niezweryfikowany donos pracownika opieki społecznej komentuje mec. Jerzy Kwaśniewski, prezes Instytutu Ordo Iuris.

    Niedoświadczony pracownik pomocy społecznej po dwóch krótkich wizytach u rodziny powiadomił policję o podejrzeniu stosowania przemocy. Policja zaś, bez dostatecznej weryfikacji donosu, skierowała oskarżenie do sądu, który bez wysłuchania i udziału rodziców wydał wyrok w uproszczonym postępowaniu nakazowym. Wskutek braku doświadczenia i wiedzy prawnej, ojciec dzieci nie złożył terminowego sprzeciwu od wyroku, który się uprawomocnił. (…) Sąd Okręgowy oddalił wniosek pełnomocników Ordo Iuris o przywrócenie terminu do złożenia sprzeciwu.

    W ten sposób bezpodstawne orzeczenie niesłusznie obciążyło rodzinę w równoległym postępowaniu przed sądem rodzinnym informuje Ordo Iuris. W toku postępowania wyszło na jaw, że pracownicy OPS samodzielnie nigdy nie stwierdzili ani śladów stosowania przemocy przez ojca wobec dzieci, ani tego, by był pod wpływem alkoholu. Urzędnicy milczeniem zbyli w sądzie pozytywną opinię szkoły. Psychologowie, asystenci rodziny i wychowawcy dzieci potwierdzili silną więź emocjonalną oraz wykonywanie władzy rodzicielskiej w sposób zgodny z dobrem wszystkich dzieci.

    Psycholog, do której uczęszczały dzieci przed umieszczeniem w pieczy zastępczej kategorycznie zaprzeczył, aby ujawniały one jakiekolwiek oznaki przemocy. Również dzielnicowy funkcjonariusz policji nigdy nie odnotował występowania w tym domu przemocy lub nadużywania alkoholu podaje Instytut Ordo Iuris.

    Rodzice współpracują z dwoma asystentami rodziny, którzy jednoznacznie potwierdzają niezasadność separacji dzieci od rodziców. To postępowanie potwierdza, że gdy w grę wchodzi zagrożenie odebrania rodzicom dzieci, trzeba zapewnić rodzicom pełnomocnika, który zagwarantuje właściwie wnikliwą analizę całej sytuacji i złoży w toku postępowania potrzebne wnioski dowodowe. W tej sprawie rodzice samodzielnie nie byliby w stanie w sposób należyty bronić swojej rodziny przed niezasadnymi zarzutami.

    Orzeczenie Sądu zaskakuje, jak wynika z postępowania dowodowego, w rodzinie nie występuje problem stosowania przemocy oraz nadużywania alkoholu. Dlatego złożyliśmy już w Sądzie zapowiedź apelacji podkreślił mec. Maciej Kryczka z Centrum Interwencji Procesowej Ordo Iuris. Opinie psychologów wskazują, że po odebraniu rodzicom zachowanie szóstki dzieci znacząco pogorszyło się, a środowisko domu dziecka nie sprzyja ich rozwojowi. Postanowienie w sprawie odebrania dzieci jest nieprawomocne.

    całość: https://marucha.wordpress.com/2018/12/13/dramat-rodziny-z-piaseczna/
    Stworzyłem neologizm: "jugendamtyzm"
  • Jacek Wilk o brytyjskich Jugendamtach (Social Service) masowo odbierających dzieci Polakom
    https://www.cda.pl/video/289366077
    Stworzyłem neologizm: "jugendamtyzm"
  • ...
    Paszkwil na Polski Komitet Obrony Życia, Rodziny i Narodu, który z polskiego punktu widzenia jest peanem na cześć tej organizacji.

    -------------------------------------------------------------

    Senat chce uczcić obsesyjnych antysemitów, dla których KOR to „mafia żydowska”. OKO.press powiadamia wszystkich senatorów

    Senat RP z inicjatywy PiS chce uczcić uchwałą marginalną organizację opozycyjną z PRL "obrońców życia", która zajmowała się głównie tropieniem Żydów i masonów. Dla jej założycieli opozycja demokratyczna była „mafią żydowską”. Przeczytaliśmy ich publikacje i wybraliśmy fragmenty.

    OKO.press wysyła ten tekst do wszystkich senatorów, by byli świadomi jakiej organizacji dotyczy pomysł polityków PiS.

    O pomyśle – z inicjatywy senatora tej partii, historyka prof. Jana Żaryna – poinformowała „Rzeczpospolita” 26 września 2017 (artykuł można przeczytać tutaj). Tekstu uchwały, według „Rz” złożonej, nie znaleźliśmy jednak na stronach Senatu.

    Chodzi o Polski Komitet Obrony Życia i Rodziny, który w 1978 roku zmienił nazwę na Polski Komitet Obrony Życia, Rodziny i Narodu, a następnie na Komitet Samoobrony Polskiej. Założycielem organizacji był Marian Barański, później w III RP szef Stronnictwa Narodowego „Szczerbiec”, sytuującego się na skrajnej prawicy. „Rzeczpospolita” rozmawiała z prof. Żarynem i zapytała go o antysemityzm Barańskiego. Żaryn marginalizował rolę antysemityzmu w ideologii tego ugrupowania. „Rz” pisała:

    „Prof. Jan Żaryn twierdzi, że Polski Komitet Obrony Życia i Rodziny nie powinien być postrzegany „przez pryzmat mniej lub bardziej niefortunnych artykułów prasowych”, bo to przede wszystkim działacze pro-life”.

    Organizacja Mariana Barańskiego miała poparcie Kościoła katolickiego, głównie ze względu na swoją akcję przeciw bardzo liberalnej w PRL ustawie aborcyjnej, która dopuszczała przerywanie ciąży „ze względu na trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej”. Liczba legalnych aborcji wynosiła 300-400 tys. w rocznie w latach 70. i 80. (według danych Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny).

    W 1977 roku Komitet Barańskiego zebrał 12 tys. podpisów pod wnioskiem do Sejmu o zniesienie tej ustawy. Podpisy pomagali zbierać proboszczowie. Sejm wniosek przesłał do resortu zdrowia, a ten podtrzymał liberalne prawo aborcyjne argumentując, że w ten sposób ogranicza podziemie aborcyjne, gdzie przeprowadzane zabiegi są groźne dla życia i zdrowia kobiet.

    Ale jednak Komitet Samoobrony Polskiej przede wszystkim zajmował się obroną Polski i Polaków przed „żydomasonerią”.

    OKO.press przeczytało komplet zachowanych numerów wydawanego przez Barańskiego w latach 1978-1981 pisma– przechowywany w Ośrodku „Karta” w Warszawie. Z przykrością informujemy prof. Żaryna, że się myli — komitet Barańskiego pisał trochę o aborcji, ale najwięcej o Żydach, nieco mniej o masonach, a pod koniec działalności bardzo intensywnie zwalczał KOR.

    O Żydach było dużo w każdym numerze!

    Wrażliwych czytelników prosimy o przerwanie lektury, ponieważ cytaty z pism Barańskiego i jego współpracowników mogłyby się znaleźć w skrajnie antysemickiej literaturze wydawanej przez przedwojenny ONR.
    Trochę o aborcji, dużo o Żydach

    Pierwszy numer pisanego na maszynie wydawnictwa „Samoobrona Polska. Pismo Polskiego Komitetu Obrony Życia, Rodziny i Narodu” ukazał się z datą 5 kwietnia 1978. Redagowali je Marian Barański oraz Tomasz J. Jankowski. Podawali adres redakcji – mieszkanie Barańskiego – oraz numer telefonu. Była to strategia przyjęta wcześniej przez opozycję demokratyczną związaną z Komitetem Obrony Robotników (powstałym w 1976 roku).

    W pierwszym numerze znalazło się datowane na 2 marca 1978 roku oświadczenie o przeobrażeniu „Polskiego Komitetu Obrony Życia i Rodziny” w „Polski Komitet Obrony Życia, Rodziny i Narodu”. Pierwszym celem organizacji miała być „obrona życia” – zwłaszcza „zwalczanie przerywania ciąży” oraz „obrona rodziny” – zwalczanie „niemoralności, pijaństwa, nieróbstwa, chamstwa”.

    Autorzy chcieli także zajmować się obroną „wiary ojców naszych” oraz „naszej historii, tradycji i kultury”. Podkreślali, że działają w zgodzie z konstytucją PRL. „Jesteśmy grupą Polaków ożywionych wspólną ideą” – pisali.

    Akcenty antysemickie znalazły się już w pierwszym numerze. Autorzy omawiali „naukę o cywilizacjach” Feliksa Konecznego (1862-1949), historyka i filozofa, popularnego do dziś w kręgach prawicy. Streszczając myśl Konecznego „Samoobrona Polska” pisała w jednym z pierwszych akapitów: „Ujemne skutki dla życia polskiego wywoływała szybko zwiększająca się liczba Żydów na ziemiach Rzeczypospolitej. (…)

    Żydzi ukształtowani przez własną, starą cywilizację, absolutnie odmienną od polskiej, nie tylko nie ulegali polonizacji, ale oddziaływali destrukcyjnie na wiele dziedzin życia polskiego.

    Znane są dość powszechnie ujemne skutki lichwy praktykowanej masowo przez Żydów, uzależnienie panujących, możnych i szlachty od żydowskich bankierów (…) Dodać należy, że w wieku 18-tym znaczna liczba Żydów została uszlachcona, przez co uzyskała możliwość wywierania bezpośredniego upływu politycznego na losy Polski”.

    https://oko.press/images/2017/10/Screenshot-2017-10-06-23.04.22.png

    Kolejną obsesją autorów była masoneria, która pojawiała się na łamach tylko trochę rzadziej do Żydów. Socjalizm i ruch ludowy w Polsce to, zdaniem autorów, organizacje „zainspirowane przez obcych, nie odpowiadały potrzebom narodu, rozbijały jego jedność w obliczu trzech zaborców”.
    Oczyścić naród

    Oczyszczenie narodu miało być główną misją pisma, chociaż nie było jasne, jak to ma być realizowane. W numerze 2. z 20 maja 1978 roku redaktorzy pisali:

    „Stwierdzamy: 1. Wzrost demoralizacji społeczeństwa, zwiększenie się liczby alkoholików, rozwiązłości i przerywania ciąży, łapówkarstwa i powszechnego złodziejstwa, kłótliwości i agresywności, chamstwa, brak życzliwości. 2. Brak zainteresowania dobrą pracą (…) 3. Zwiększanie się rozpiętości dochodów”.

    Byli wrogami komunizmu, ale także „postępu”, liberalizmu i kapitalizmu. Wszystkie były dla nich żydowskim wynalazkiem. Demaskowali także ruch „wyzwolenia kobiet” – który ich zdaniem „rozpoczął się w czasie rewolucji francuskiej, sterowały nim kobiety wywodzące się ze środowisk wielkiej finansjery”.

    Ruch kobiet był elementem wielkiego spisku wymierzonego w tradycyjne wartości; jednym z jego elementów była rewolucja bolszewicka.

    Informowano o zbiórce podpisów pod wnioskiem obywatelskim o zakaz przerywania ciąży. W maju 1978 przesłano do Sejmu PRL osiem tys. podpisów w tej sprawie, zbieranych głównie przez proboszczów. W ostrych słowach wzywano także KOR do „jasnego określenia swojego stanowiska” w sprawie aborcji. Która była dla autorów „próbą legalizacji ludobójstwa”.

    „Została ona narzucona naszemu społeczeństwu w celu jego rozkładu; dziś patrząc na skutki społeczne ustawy nie ma co do tego żadnych wątpliwości”.

    KOR był rzecznikiem „postępu”, co budziło głęboką nieufność i odrazę autorów. W numerze 3. z 8 września 1978 informowano już o zebranych 12 tys. podpisów oraz o poparciu dla akcji bp Zbigniewa Kraszewskiego, sufragana warszawskiego.
    Żydzi są wszędzie (w głowie Barańskiego)

    W numerze 5-6 datowanym na listopad-grudzień 1978 roku znalazł się – oprócz bloku materiałów o papieżu Janie Pawle II, wówczas wybranym przez konklawe – przedruk krytycznych wobec papieża artykułów z prasy zachodniej pod tytułem „Atak izraelsko-masoński na Kościół w Polsce”. Francuski dziennik „Le Monde” został nazwany „nieoficjalnym organem Wielkiego Wschodu Lóż Francji”.

    Autorzy komentowali: „Nie czas tu przedstawiać historii Żydów w Polsce, warto jednak wiedzieć, że w czasach kiedy byli oni bici i mordowani w całej Europie, jedna Polska tradycyjnie tolerancyjna, dawała im schronienie i przytułek, jak i kawałek chleba. Inna sprawa, jak się za to odpłacili.

    Pogromów nigdy w Polsce nie było (pomijając jeden w 1946 roku w Kielcach – zorganizowany przez żydowskie naonczas UB), za to były w Rosji i w Niemczech. (…)

    Kościół polski wraz z całym narodem zaangażował się czynnie w ratowanie życia Żydom, mordowanym przez hitlerowców. W akcji tej brali udział polscy wybitni antyżydzi, m.in. jeden z przywódców ONR – ABC – Jan Mosdorf”.

    Są to, dodajmy dla porządku, wszystko twierdzenia fałszywe: pogromów w Polsce było więcej; pogromu kieleckiego nie zorganizowało „żydowskie UB”; „antyżydzi” polscy – ładne słowo, brzmi lepiej niż „antysemici” – w większości wcale nie zmienili poglądów w czasie wojny.

    W numerze z lutego 1979 roku znalazł się obszerny wykład o poglądach Romana Dmowskiego oraz streszczenie myśli Konecznego o „cywilizacji żydowskiej” – przytaczając z aprobatą twierdzenie Konecznego, że Żydzi dążą do władzy nad światem.

    „Cele i metody żydowskie ukazały swoje oblicze w okresie międzywojennym w w słynnych Protokółach Mędrców Syjonu. Żydzi kwestionowali ich autentyczność i twierdzili, że jest to falsyfikat. Koneczny nie wypowiada się co do ich genezy, natomiast jako naukowiec stwierdza, że pisał je człowiek o umysłowości żydowskiej i że znajdują potwierdzenie w konkretnych faktach”.

    Dodajmy: „Protokoły” faktycznie są falsyfikatem — sporządzonym przez carską ochranę. Ich historia jest od dziesięcioleci doskonale znana.

    https://oko.press/images/2017/10/Screenshot-2017-10-06-22.58.09-768x136.png

    W następnym numerze, w drugim odcinku cyklu o Dmowskim, autor pisał:

    „Stosunek Dmowskiego do Żydów można określić jako umiarkowany, nie przekraczający miary normalnej, rzeczowy i wyważony w ocenie. (…) Niechęć cywilizacyjną do Żydów wyniósł – tak jak każdy prawdziwy Polak – z domu rodzinnego.

    Potem zaś doszły do tego względy polityczne. (…) W latach poprzedzających I wojnę światową dostrzega Dmowski szkodliwą gospodarczo i politycznie rolę Żydów w Polsce. (…) Poglądy Dmowskiego na kwestię żydowską mogą dziś wydawać się skrajne, natomiast w kontekście obszernej literatury żydoznawczej okresu międzywojennego trzeba je zaliczyć do bardziej umiarkowanych”.

    Zarówno marksizm jak i kapitalizm – cytowali autorzy Dmowskiego z aprobatą – wywodzą się „z łona żydowskiego”. Przypominano również drugą obsesję Dmowskiego, czyli masonerię, odpowiedzialną jego zdaniem np. za rozłamy w ruchu narodowym.

    W numerze znalazł się jeszcze obszerne streszczenie Konecznego, łącznie np. z twierdzeniami, że Żydzi mają „podwójną etykę”, nakazującą traktować gojów „jak bydło”. „Masoneria musi być tworem pochodzenia żydowskiego” – konkludowali autorzy.
    Ataki na KOR

    W nr 1 (10) z 1980 roku znalazł się długi wykład „Masoneria wczoraj i dziś”. Autor pisał: „Na ogół przyjmuje się, że jest to organizacja typu mafijnego, utworzona i kierowana przez skrajnie mesjanistyczny, rasistowski i imperialny odłam społeczności żydowskiej”.

    Tolerancja, dodaje autor, to hasło mające na celu „spacyfikowanie wszelkich przeciwników masonerii”. Także „prawa człowieka” – pisane w cudzysłowie – mają pochodzenie masońskie, podobnie jak komunizm.

    W tym numerze znalazł się także pierwszy atak na KOR – za krytykę Konfederacji Polski Niepodległej oraz Aleksandra Halla, jednego z przywódców Ruchu Młodej Polski (obie te grupy opozycyjne były bardziej od KOR na prawo). „KOR zaczyna się robić groźny dla otoczenia” – ostrzegał Barański.

    Od kiedy wybuchła „Solidarność”, KOR stał się dla Barańskiego głównym przeciwnikiem. Zarzucał mu zdominowanie związku NSZZ „Solidarność”.

    „Cenzura wiadomości jest tu, u nas w kraju, i czynią to wyspecjalizowane komórki KOR (…) KOR nadal utrzymuje kontakty ze skrzydłem liberalno-żydowskim partii [komunistycznej] i cieszy się jego dyskretną opieką”. Poparcie dla KOR z Zachodu tłumaczy tym, że rządy zachodnie „reprezentują interesy żydo-masońskie”.

    I tak dalej, w każdym numerze, bez ustanku. Materiał „Kwestia żydowska w Polsce dzisiejszej” (nr 13, 31 grudnia 1980):

    „Polskę oddano w pacht Żydom oraz agentom stalinowskim”.

    Autorzy zafałszowali liczby, podając np. że w czasie okupacji zginęło 4 mln Polaków i 3 mln Żydów (prawdziwe liczby to ok. 3-3,5 mln Żydów oraz ok. 1,5 mln Polaków). Liczbę Żydów w PRL w 1981 roku Barański szacował na ponad 100 tys. na pewno, a być może kilkaset tysięcy (w rzeczywistości było ich 5-10 tys.).
    SB promuje Barańskiego?

    Ataki „Samoobrony” Barańskiego na KOR były tak ostre, że prawdopodobnie dodruk nakładu pisma zrobiła… Służba Bezpieczeństwa. Nr 14. pisma był kolportowany, jak pisał Barański, „masowo” w różnych miejscach kraju — nie wiadomo, przez kogo, ale przez kogoś, kto miał dostęp do kserokopiarek (w PRL był on ściśle limitowany).

    „Komitet Samoobrony Polskiej oświadcza, że nie ma nic wspólnego z tą akcją. Nie stać nas na odbijanie setek tysięcy egzemplarzy na kserografie. Nie stosujemy przesyłania ich pocztą”.

    W numerze 14. znalazł się nasycony antysemityzmem artykuł o historii PRL: pisano tam m.in. że protesty studenckie w marcu 1968 roku były wywołane przez grupę „szowinistów żydowskich” (czyli „komandosów”) w celu przejęcia władzy nad PZPR. KOR był nazywany „ugrupowaniem o skrajnie marksistowskim obliczu”, które „walczy o władzę”” – albo po prostu „żydowską mafią”. Oto ostatni już cytat:

    „Zreasumujmy więc: jest to kolejne wcielenie mafijnej organizacji szowinistów żydowskich, zawiązanej w ZSRR i w Polsce po roku 1944. (…) Młodzi członkowie KOR-u opowiadali się stosunkowo niedawno za komunizmem i to w jego skrajnym trockistowskim wydaniu. Wszyscy zaś oni nienawidzą wszystkiego co polskie”.

    Czy Senat RP uczci uchwałą marginalną grupę obsesyjnych antysemitów? OKO.press będzie śledzić tę sprawę.

    https://oko.press/senat-chce-uczcic-obsesyjnych-antysemitow-dla-ktorych-kor-mafia-zydowska-oko-press-powiadamia-wszystkich-senatorow/
    PiS kontynuuje tradycje KOR-u
  • ...
    Frasyniuk i sprzedana Solidarność

    W mutacji wrocławskiej „Gazety Wyborczej” w dniu w dniu 28 lipca 2006 roku, Frasyniuk występuje, nie po raz pierwszy z resztą, w obronie byłych funkcjonariuszy SB, przeciwko lustracji, rozliczeniu przeszłości i ujawnianiu winnych represji przeciw społeczeństwu . Głosił też wielokrotnie publicznie, że nie interesuje go jego teczka w archiwum IPN, ani kto na niego donosił. Można się więc domyślać powodów takiej postawy. Na pewno wie, że nie otrzyma statutu pokrzywdzonego, pamiętając jakie trudności miał w wymuszaniu tego dokumentu od IPN Lech Wałęsa. Frasyniuk wszystko kim był i jest zawdzięcza wyłącznie SB, a personalnie gen. Czesławowi Kiszczakowi. Były wiceprzewodniczący Krajowej Komisji „Solidarności” i przewodniczący Regionu „S” w Olsztynie, Mirosław M. Krupiński w książce „Zaułki zbrodni” stwierdza expressis verbis, że Frasyniuk był dobrowolnie prowadzony przez SB, przygotowywany do rozmów w Magdalence, przy „okrągłym stole” i na szefa „S” na Dolnym Śląsku.

    FRASYNIUK W SŁUŻBIE GEN. KISZCZAKA(x)

    W emigracyjnym wydawnictwie w Kanadzie ukazały się relacje z okresu stanu wojennego internowanego wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Mirosława M. Krupińskiego, działającego obecnie bardzo aktywnie w Australii. Autor w latach 1982/1983 przebywał wraz w Frasyniukiem w więzieniu w Łęczycy. Twierdzi on, że Frasyniuk agitował wówczas za współpracą ze Służbami Bezpieczeństwa, kierowanymi przez gen. Kiszczaka. Służby te usilnie zabiegały wówczas o pozyskiwanie wśród bardziej znaczących internowanych, potencjalnych uczestników do rozmów w Magdalence i przy „Okrągłym Stole”.

    Krupiński wyjaśnia dlaczego nie od razu ujawnił pewnych faktów dotyczących działalności Frasyniuka:
    (…) w czasie kiedy interesy „Solidarności „ jako całości były dla mnie pierwszoplanowe, tego aspektu „solidarności więziennej” nie poruszałem, aby obrazu „S” nie psuć. Teraz w roku 2001, zaczynają docierać do mnie, układające się w całość dalsze fragmenty politycznej prostytucji, których dalej maskować powodów nie mam. (…) I dalej pisze o swoich podejrzeniach wobec agenturalnej roli Frasyniuka:
    „Gdzieś na przełomie lat 82/83 przywieziono do Łęczycy Władysława Frasyniuka (…) znalazłem się sam na sam z Frasyniukiem w małej celi z czteroma pryczami. Władek miał dziwnie wiele do powiedzenia. (…)o strategii dojścia do władzy i o władzy tej przyszłym składzie. A ów referowany skład był z grubsza, taki jak to dziś bym określił pomagdalenkowy - czyli Frasyniuka idole, Frasyniuk i ci, co z nimi trzymać będą. ( …) Do tej pory nie jestem pewien co było powodem tej wylewności. (…) Może inspiracja Kiszczaka & Co, którzy mogli uważać mnie za kandydata przyszłego magdalenkowca. Może wreszcie frasyniukowe mniemanie , że nikt okazji przyłączenia się do przyszłej władzy się nie oprze i będzie o jej względy czynem i lojalnością zabiegał. Najbardziej dziś prawdopodobna wydaje mi się mieszanina wszystkich trzech powodów – bo przecież ktoś musiał nam to tet a’ tet w pół pustej celi zorganizować , a mój „wykładowca teorii dorwania się do przyszłej władzy” mówił otwarcie, jak do swojego. A Ja go nieszczęsny zbyłem jak głupiego dzieciaka i wyśmiałem ( nie próbując nawet uwagi na spodziewany podsłuch i Frasyniuka własne walory intelektualne , polemizować) wywołując najpierw zdziwienie i konsternacje , następnie wyraźna wrogość. Musiał jakiś plan w stosunku do mnie się w tedy rypnąć. …Czyj? (x)

    Frasyniuk wie, że wszystko kim był, kim jest i co osiągnął w życiu zawdzięcza SB i dlatego trudno się dziwić, że okazuje wdzięczność swym dobroczyńcom. Nie chodzi o to by zmienił swój pogląd, ale by społeczeństwo wiedziało o przyczynach tej proesbeckiej sympatii. Leszek Skonka - Wrocław

    (x) Mirosław M. Krupiński, Zaułki zbrodni, Ottawa, 2005, s. 91-96, książka jest w Bibliotekach: Ossolineum i Uniwersyteckiej we Wrocławiu Autor mieszka obecnie w Australii i jest b, aktywnym i twórczym działaczem emigracyjnym

    FRASYNIUK MA PRETENSJE DO LUDZI, ŻE NIE BYLI AGENTAMI SB.

    Po zakończeniu strajków sierpniowych w 1980 roku, opanowaniu kierownictwa „Solidarności” przez KOR i związanych z nimi różnych grup gangsterskich oraz agentów SB, zerwano warunki Umowy Gdańskiej rozpoczynając jednocześnie walkę o zdobycie władzy w Państwie. Dlatego wyeliminowano ze Związku działaczy o postawach prozwiązkowych, którzy dążyli do realizacji warunków Umowy Gdańskiej na podstawie uzgodnionych ze Strona Rządową 21 postulatów. By pozbyć się działaczy o postawach związkowych, bezpodstawnie, bez jakichkolwiek dowodów, publicznie pomawiano ich o rzekomą współpracę z SB. Czynili to zwłaszcza ludzie z kierownictwa „Solidarności” faktycznie związanych z SB lub wręcz agenci SB zainstalowani w Solidarności przez te służby. Nie przedstawiano osobom inkryminowanym żadnych dowodów, bo ich po prostu nie było. Wystarczyło, że sugestie wysuwali ludzie z kręgów kierownictwa Solidarności, by zniszczyć niewygodnego przeciwnika. Pokrzywdzeni tymi oskarżeniami byli bezsilnie. Nie pozwolono im się bronić, a nawet, gdyby dopuszczono ich do głosu, to i tak dano by wiarę „świętej” „Solidarności”. Zabieganie o uzyskanie „zaświadczenia” z SB byłoby traktowane jako potwierdzenie oskarżenia i ośmieszało skrzywdzonego. Dlatego wykazanie bezpodstawności oskarżeń przez wydawanie przez IPN zaświadczeń o pokrzywdzeniu wywołało wściekłość u tych, którzy na 25 lat odsunęli niewinnych ludzi od aktywnego życia publicznego, od pracy zawodowej, możliwości awansu, Jak się dziś okazało oskarżyciele byli inspirowani i powiązani agenturalnie ze Służbą Bezpieczeństwa.

    L.Skonka

    DLACZEGO FRASYNIUK BOI SIĘ LUSTRACJI ?

    Jest kilka bardzo istotnych powodów skłaniających Frasyniuka do występowania przeciw lustracji i ujawnianiu zawartości teczek. Dlatego nie stara się sam w IPN o świadectwo pokrzywdzonego, bo chyba by go nie otrzymał. Oficjalnie twierdzi, że nie interesuje go, kto na niego donosił i co SB o nim pisała. W rzeczywistości boi się, że społeczeństwo dowie się o jego prawdziwej roli w "Solidarności", a także przy okazji o takich jej filarów i przywódców Unii Wolności, jak Tadeusz Mazowiecki,Bronisław Geremek, Karol Modzelewski, Barbara Labuda, Józef Pinior, Marcin Święcicki, Leszek Balcerowicz i o setkach im podobnych. Społeczeństwo może się dowiedzieć, dlaczego, z czyjej inicjatywy niektórzy działacze "Solidarności" i Unii Wolności zostawali po 1989 roku wojewodami, prezydentami miast, posłami, ministrami? Skąd Frasyniuk, skromny związkowiec miał miliony na założenie własnej drogiej firmy transportowej o zasięgu międzynarodowym ? Czy i jakie zlecenia wykonywał dla SB, dla KOR-u, Sorosa i jakie czerpał z tego korzyści? Frasyniuk to szmatława postać. Poznałem go w czasie sierpniowego strajku i sam go na początku lansowałem powierzając mu funkcję rzecznika prasowego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (byłem członkiem Prezydium Komitetu Strajkowego odpowiedzialnym za sprawy organizacyjne strajku). Po zakończeniu strajku zaproponowałem go do pierwszego składu Zarządu MKZ – (Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego) NSZZ). Jednakże już po kilku dniach pokumał się on z ludźmi KOR-u. Skaperował go do walki przeciw działaczom o związkowych postawach, Karol Modzelewski. Z polecenia i przy pomocy KOR-u, wyeliminował związkowego działacza – pierwszego przewodniczącego MKS i MKZ Jerzego Piórkowskiego. Następnie usuwał wszystkich działaczy, którzy przejawiali gotowość realizowania Umowy Gdańskiej, sprzeciwiali się upolitycznieniu ruchu pracowniczego i przekształcaniu go w partię polityczną dla zdobycia władzy w państwie. Jaki to był związkowiec świadczy jego obecny stosunek do własnych pracowników, którym zabronił tworzenia związków w jego przedsiębiorstwie. A w ogóle ten były pseudo "związkowiec" wypiął się na tych, dzięki, którym swego czasu tak się wzbogacił i politycznie awansował.

    SYMPTOMY FASZYSTOWSKICH I ESBECKICH METOD LANSOWANYCH PRZEZ FRASYNIUKA W DOLNOŚLĄSKIEJ SOLIDARNOŚCI

    (artykuł napisany w kwietniu 1988 roku !!!)

    Przedstawiony poniżej artykuł nie mógł się ukazać w ówczesnej oficjalnej prasie, bo trwały już rozmowy W Magdalence na temat podziału władzy między ekipą rządzącą, a kierownictwem „Solidarności" oraz tzw. "doradcami. Nawet komunistyczny miesięcznik "Zdanie" odmawiał opublikowania go, by nie drażnić kacyków z "Solidarności".

    Od pewnego czasu moi znajomi, koledzy, przyjaciele przekonywali mnie, że moje uprzedzenia, zastrzeżenia, krytyczne sądy na temat ruchu zwanego „Solidarność" są krzywdzące i bezpodstawne. Ruch ten, ich zdaniem składa się już dziś z innych rzekomo ludzi, patrzących zupełnie, inaczej na niedawną przeszłość, na swoje błędy i wypaczenia i dlatego, ich zdaniem, i ja powinienem zrewidować swoje opinie i sądy na ten ruch. Niestety, nie umiano mnie przekonać. Nie posługiwano się, bowiem żadnymi racjonalnymi argumentami, lecz jedynie słowami nie mającymi żadnego pokrycia w codziennej rzeczywistości.

    Przeciwnie. Wciąż spotykałem się z arogancją, zarozumiałością, wyniosłością ludzi, którzy dla zaspokojenia swoich osobistych chorobliwych ambicji narażali "Solidarność", i w końcu doprowadzili do jej zagłady. Nigdy nie usłyszałem w ciągu minionych 7 lat ani jednej szczerej, rzetelnej samooceny, samokrytyki. Nie znam też żadnej próby naprawy popełnionych błędów, chęci naprawienia wyrządzonych krzywd, szczerej skruchy i gotowości do publicznej ekspiacji.

    Przeciwnie, ludzie, którzy walnie przyczynili się do przekształcenia związku zawodowego w partię polityczną, pchnęli ten ruch do walki o władzę, oszukali świat pracy; nadal utrzymują - wbrew faktom - że winę za to, co się stało 13 grudnia 1981 roku, ponoszą wszyscy w kraju i za granicą, tylko nie oni.

    To, że moja ocena i opinia o kierownictwie "Solidarności" jest słuszna świadczą fakty. A oto one.

    W kwietniu br. (1988r. ) koło politologów wrocławskich studentów zwróciło się do mnie o przeprowadzenie prelekcji na temat powstania na Dolnym Śląsku NSZZ "Solidarność", zwłaszcza mojego udziału w tym procesie oraz przyczyn usuwania z kierownictwa tego ruchu wielu czołowych działaczy opozycji demokratycznej, w tym także założycieli Wolnych Związków Zawodowych, przed sierpniowymi strajkami we Wrocławiu. Organizatorzy prelekcji wiedzieli, że nie jestem ani sympatykiem, ani też faworytem władzy. Twierdzili, że chcą poznać opinie, sądy i fakty przedstawiane przez ludzi, którzy znają wydarzenia ostatnich burzliwych lat z autopsji. Byli nie tylko ich uczestnikami, lecz także aktywnymi ich twórcami.

    Te argumenty przekonały mnie. Tym bardziej, że czynniki oficjalne unikają podejmowania tej problematyki pozostawiając ją wyłącznie w gestii "Koro-Solidarności”. Zgodnie, więc z umową pojawiłem się w Klubie Asystenta „Sezam", by przeprowadzić prelekcję. I tu właśnie zaczynają się wydarzenia wręcz niepojęte. Opiszę je dość dokładnie, gdyż chcę przekonać ślepych i fanatycznych wyznawców idei „Koro-Solidarności”, że „ludzie kierujący dziś resztkami tego ruchu nie zmienili swej pogardliwej postawy wobec demokracji, tolerancji, pluralizmu. Te ważne, a nawet święte dla Polaków wartości, dla nich są tylko bałamutnymi hasłami propagandowymi. Otóż w klubie pojawiło się kilku ludzi, którzy przedstawili się organizatorom spotkania jako wysłannicy Frasyniuka. Jeden z nich - Paweł Kocięba domagał się w imieniu Frasyniuka zaniechania prelekcji. Mówił, że Frasyniuk bardzo się zdenerwował i rozgniewał, gdy się dowiedział o prelekcji dra Skonki na temat "Solidarności" i polecił nie dopuścić do niej. Argumentował, że kierownictwo Regionu oceniło i osądziło dra Skonkę w październiku 1980 roku negatywnie i dlatego nie ma on prawa bez zgody Frasyniuka występować publicznie z tematami dotyczącymi NSZZ "Solidarność" . Chyba komentować tego nie trzeba. Oto jakiś facet skompromitowany klęską ruchu, którym współkierował, a przynajmniej firmował kierowanie, rozkazuje studentom, kogo mają słuchać, a kogo powinni bojkotować. Nie łatwo w to uwierzyć, lecz jest to niestety prawda. Ponieważ wysłannikom Frasyniuka, mimo użycia gróźb, nie udało się zmusić organizatorów do odwołania prelekcji, zażądali wówczas by najpierw dopuścić do głosu przedstawiciela "Koro-Solodarności", który w imieniu Frasyniuka oceni prelegenta, wyda o nim opinię i ostrzeże audytorium by nie dawało wiary temu, co on powie; a wszystko w imię pluralizmu, demokracji, wolności słowa. Dość miękki i zastraszony przewodniczący spotkania - student - uległ chyba w pierwszej chwili żądaniom, ale gdy zagroziłem, że w takim przypadku zrezygnuję z wystąpienia, wycofał się. Wymogli jednak na nim opóźnienie spotkania, by porozumieć się z Frasyniukiem i ściągnąć więcej swoich ludzi, którzy utrudnialiby skutecznie prowadzenie prelekcji. Niezorientowanych może dziwić, co tak bardzo zdenerwowało kierownictwo "Koro-Solidarności", że zadało sobie aż tyle trudu, by nie dopuścić do prelekcji? Wszak nie znali treści mającego odbyć się wystąpienia: sam tytuł brzmiał niewinnie i łagodnie - "Zawiedzione nadzieje NSZZ "Solidarność". Otóż niepokoił Frasyniuka sam prelegent. Frasyniuk i jego otoczenie z góry zakładali, że to co powie referent jest tak groźne, tak niebezpieczne, a przynajmniej tak niewygodne dla kierownictwa Zarządu Regionu, że trzeba uniemożliwić wystąpienie za wszelką cenę, a jeśli się to nie uda, to tak skutecznie przeszkadzać, by prelegent nie mógł zrealizować całego programu. Przede wszystkim starą korowską metodą próbowano zwekslować temat i dyskusję na boczne, peryferyjne tory. Toteż już po pierwszych moich grzecznościowych słowach skierowanych pod adresem studentów i organizatorów prelekcji wstał przedstawiciel Frasyniuka - Paweł Kocięba i oświadczył, że prowadzący spotkanie student nie powinien dopuścić mnie do głosu, że miał najpierw pozwolić jemu mówić, że złamał jakieś wcześniejsze ustalenia i, za to "zapłaci", że "będzie go to drogo kosztować". (Później dowiedziałem się, że straszył Frasyniukiem). Wszystko to działo się w kwietniu 1988 roku!!!/. W czasie trwania prelekcji, co jakiś czas, któryś z nasłanych ludzi usiłował mi przerwać, krzycząc kłamstwo, bzdura, nieprawda, śmiać się szyderczo itp. Przewodniczący zebrania - student, był wyraźnie przestraszony i dopiero na moje żądanie przypomniał awanturującym się wysłannikom Frasyniuka, że to ja prowadzę prelekcję, a nie oni, że po moim wystąpieniu będą mogli zabrać głos i ustosunkować się do moich wypowiedzi. Oczywiście, reszta audytorium siedziała spokojnie, ale ze zdziwieniem i przerażeniem obserwowała praktyki stosowane przez awanturników usiłujących uniemożliwić prowadzenie prelekcji. Ponieważ grupa ta, a szczególnie dwaj bliscy współpracownicy Frasyniuka: Paweł Kocięba i Paweł Kasprzak nadal ordynarnie zakłócali przebieg spotkania toteż skorygowałem swój poprzedni plan prelekcji kładąc główny nacisk na brak nawyku w praktyce demokracji, tolerancji, uznania pluralizmu, wolności słowa w "Solidarności", a jako przykład nie do podważenia wskazałem właśnie na zachowanie się ludzi nasłanych przez Frasyniuka. Jednocześnie sięgnąłem do podobnych przykładów z minionych lat, a zwłaszcza owych wyidealizowanych 16 miesięcy władzy i terroru "Koro-Solidarności" w Polsce. Ta metoda okazała się dość skuteczna, przynajmniej na pewien czas. Cytowane przeze mnie przykłady łamania zasad demokracji, stosowanie bezwzględnej nietolerancji wobec ludzi odmiennie myślących przez "Solidarność" nie mogły być kwestionowane, ale za to usiłowano je bagatelizować dowodząc, że są to pojedyncze głosy, jednostkowe krzywdy i niewiele znaczą wobec wielkości sprawy jaką jest "Solidarność".

    Gdy tylko próbowałem przedstawić jakiś niewygodny dowód, jakąś znaczącą tezę, która nie podobała się tej grupie, albo niepokoiła ją, np., że przyczyną upadku NSZZ "Solidarność" były chorobliwe ambicje polityczne działaczy KSS KOR, którzy potraktowali ten ruch instrumentalnie, świadomie deformując go i przekształcając w organizację polityczną, łamiąc tym samym punkt 2-gi Umowy Gdańskiej, to wówczas podnosił się wrzask, że to nieprawda, że to władze nie dotrzymały warunków umowy. Wtedy brałem dokument i cytowałem ten punkt, który wyraźnie mówi, że nowe związki zawodowe "nie zamierzają pełnić roli partii politycznej". Po takich cytatach awanturujący się na pewien czas milkli. Może dlatego, że nie znali, a może zapomnieli niewygodne punkty Umowy. W każdym razie szybko uciekali od rozważań i argumentów racjonalnych i przeskakiwali na tematy pozamerytoryczne np. celowo przekręcając i wyśmiewając moje nazwisko, poddając w wątpliwości moje wykształcenie, prawdziwość świadectw, sugerując, że doktorat zrobiłem na uczelni partyjnej i to rangi Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu itp. Jeden z bojówkarzy Frasyniuka np. wykrzykiwał w czasie prelekcji, że "Solidarność" wie coś o moim doktoracie, o mojej wiedzy, studiach, kwalifikacjach. Słowem robiono wszystko, by nie dopuścić do realizacji prelekcji. Gdy próbowałem np. powołać się na jakąś moją publikację oficjalną lub poza oficjalnym obiegiem, grupa ta na komendę wybuchała głośnym śmiechem, wyrażając szydercze uwagi i poddając w wątpliwość możliwość wyrażania przeze mnie jakiejkolwiek rozsądnej myśli na piśmie. Także cytowane wypowiedzi innych ludzi, którzy wyrażali krytyczne uwagi o korowskiej "Solidarności" traktowane były podobnie lekceważąco i szyderczo. Ba, nawet wypowiedzi krytyczne czołowego działacza KOR-u z Gdańska - Bogdana Borusiewicza próbowano także zagłuszyć. Otóż zacytowałem jego wypowiedź zawartą w książce Mariana Muskata i Mariusza Wilka, pt. "Konspira", wydanej w Paryżu w 1984 roku. M.in. mówi on tam: "Zacząłem dostrzegać, jak zmieniają się ludzie, którzy kiedyś byli przyjaciółmi, jak uderzają im do głowy ambicje, stanowiska, jak ze skromnych, uczynnych kolegów wyrastają bossowie niszczący swoich oponentów. Raptem uświadomiłem sobie, że sukces wcale nie musi zmieniać człowieka na lepsze, że sukces społeczny, narodowy tego ruchu przestaje być moim sukcesem..." I dalej - "Ruch obrastał wszystkimi negatywnymi cechami systemu: nietolerancją dla inaczej myślących i czyniących, tłumienie krytyki..." A w innym miejscu - "Nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby na wyborach do władz "Solidarności" wstał facet i powiedział - jestem niewierzący... Nie było człowieka, który by powiedział: nie złożę tej przysięgi, bo jestem po prostu niewierzący, chcecie to mnie wybierzcie, nie to nie". Ten przydługi cytat przyjęty był wręcz wrogo przez ludzi Frasyniuka, ale nie umiano podjąć z nim merytorycznej dyskusji. Także cytowane listy działaczy "Solidarności" do kierownictwa Regionu Dolnego Śląska wyszydzano i lekceważono.

    Celowo przytoczyłem te fakty i tak szczegółowo je przedstawiłem, by oddać atmosferę spotkania jaką wytworzyła niewielka, lecz bardzo agresywna i hałaśliwa grupa awanturników politycznych z Dolnośląskiej "Solidarności", która w innych okolicznościach posługiwała się obłudnie hasłami pluralizmu, demokracji, wolności słowa itp. Warto też zaznaczyć, że ludzie ci do tej pory nie przychodzili na tego rodzaju spotkania. Chcę dzięki ukazanej sytuacji przekonać tych wszystkich, którzy mają jeszcze jakieś resztki złudzeń wobec korowskiej "Solidarności, że powinni się ich jak najszybciej wyzbyć. Chciałem więc przedstawić oblicze moralne i polityczne tej grupy, jej faktyczny stosunek do wielu haseł jakimi tak chętnie się na co dzień posługuje. Jeśli teraz, gdy jeszcze nie sprawują totalnej władzy nad społeczeństwem zachowują się tak arogancko, ordynarnie, apodyktycznie, to, jak wyglądałby ich rządy, gdyby rzeczywiście władali krajem? Nie trudno sobie to wyobrazić. Jeśli teraz pan Frasyniuk zakazuje studentom słuchania prelekcji niemiłych mu ludzi, nakazuje milczenie ludziom niewygodnym, stosuje cenzurę wobec nieprawomyślnych, to jak będzie się zachowywał gdy rzeczywiście będzie dysponował aparatem wykonawczym państwa: władzami bezpieczeństwa, sądami, prokuraturą, wojskiem, więziennictwem, prasą, cenzurą itp? I rzecz znamienna, po zakończeniu prelekcji, przeszkadzający w czasie jej trwania metodami wręcz łobuzerskimi, nie mieli nic do powiedzenia. Nie podjęli żadnej merytorycznej dyskusji z przedstawionymi przeze mnie tezami, sądami, opiniami. Na moje pytanie dlaczego wobec tego tak rwali się do głosu w czasie trwania prelekcji - Paweł Kocięba szczerze przyznał, że chodziło po prostu o zakłócenie prelekcji, bo ja jestem "zdrajcą". Owa zdrada polegać ma na tym, że krytykuję KOR i "Solidarność", które chcą dla Polski dobrze i w ten sposób wspomagam reżim. Tak, tak, to nie pomyłka. Człowiek Frasyniuka stwierdził publicznie, że każdy kto nie zgadza się z "Solidarnością", z wolą i opinią jej kierownictwa - jest z d r a j c ą.

    By odrzucić ewentualne tłumaczenie, usprawiedliwienie, że był to tylko jakiś prywatny wyskok nadgorliwców pragnących podlizać się Frasyniukowi, chcę zauważyć, że na spotkaniu tym był także Stanisław Huskowski - b. rzecznik prasowy Regionu, który powtórzył stawiane mi od lat zarzuty przez korowskie kierownictwo "Solidarności". Zarzuty te zawiera także książka /chyba jego autorstwa lub współautorstwa/ "Solidarność na Dolnym Śląsku". (1) Występujący pod pseudonimem Stanisław Stefański autor książki zarzuca mi m.in., że byłem przeciwnikiem upolitycznienia nowych związków, pisząc: "Po przekształceniu się MKS w MKZ /.../ Skonka wziął w swoje ręce szkolenie przyszłych działaczy związkowych. On to inaugurował pierwsze spotkanie tego typu 4.09., kiedy nie tylko budynek, ale i plac przed budynkiem okupowany był przez delegatów zakładów, a samo spotkanie odbywać się musiało w kilku turach. On opracował program pierwszych szkoleń podczas których miano analizować treść Porozumienia Gdańskiego, zapoznać się z międzynarodowymi i krajowymi aktami prawnymi gwarantującymi wolność i niezależność związków zawodowych, przedyskutować założenia programowe nowych związków, zastanowić się nad ich strukturą i wreszcie uczyć się zasad skutecznego działania przez pokazywanie typowych błędów popełnianych przez niedoświadczonego działacza społecznego. Nie ulega więc wątpliwości, że sporo tych pożytecznych skądinąd informacji przekazywał swoim słuchaczom. Nieszczęście polegało na tym, że nikt z prezydium wykładów tych nie kontrolował. Skonka zaś nie poprzestał jedynie na realizowaniu opracowanego przez siebie programu. Niepokoju nie wzbudzały jeszcze zgłaszane przez niego propozycje organizacyjnych rozwiązań, jak choćby pomysł tworzenia wspólnych rad zakładowych z liczbą członków proporcjonalną do liczby członków poszczególnych związków./.../ Zaniepokojenie wzbudzać natomiast powinny próby formułowania diagnoz o charakterze politycznym w odniesieniu do ruchu związkowego, które zaczęły zajmować wykładowcy znacznie więcej czasu, aniżeli sprawy organizacyjno-związkowe. Skonka, jak relacjonował dziennikarz "Słowa Polskiego", czuł się powołany do składania deklaracji, że związki w żadnym przypadku nie są siłą o charakterze politycznym . Nie byłoby w tym nic odkrywczego, gdyby nie dalszy ciąg tego wywodu. Wykładowca twierdził bowiem, że były próby, i być może będą jeszcze w przyszłości - przekształcenia NSZZ w nową siłę o charakterze głównie politycznym. Jest wspólną sprawą robotników - brzmiała konkluzja - dać odpór tym nieodpowiedzialnym i na szczęście nielicznym tendencjom.

    Skonka nie operował, tak jak dziennikarz "Słowa" aluzjami. Przekonywał swych słuchaczy, że jedynym wewnętrznym zagrożeniem dla związku są ludzie nasłani doń przez KOR. Nie oszczędzał też władzy, a zwłaszcza tych jej reprezentantów, którzy przeciwni są zaspokajaniu słusznych robotniczych postulatów"./.../ Personalnie swój atak Skonka skoncentrował na dziale informacyjno-wydawniczym oraz Modzelewskim, którego wejściu do MKZ od początku się sprzeciwiał"./podr. Red)”. Celowo przytoczyłem tak obszerny cytat z książki opracowanej z pozycji korowskiej "Solidarności", by Czytelnik mógł sam osądzić, jak wątpliwe stawiano mi zarzuty obrzucając mnie zarazem błotem, pomawiając publicznie o współpracę z SB i władzami PZPR. A przecież ja tylko tłumaczyłem nowym działaczom związkowym, że jeśli odrzuca się kuratelę polityczną PZPR nad związkami zawodowymi, to nie można wprowadzać innej siły politycznej na jej miejsce. Jeśli ruch związkowy ma być wolny, niezależny od PZPR, to nie można go uzależniać od polityków z KSS "KOR" i różnych pseudoreligijnych i klerykalnych sił.

    Wreszcie nieuczciwe i poniżej pasa było uderzenie i przypisywanie mi współpracy z SB, PZPR i władzami. Gdyby to była choć w drobnej części prawda, to musiałbym mieć jakąś korzyść np. stanowisko zgodne z kwalifikacjami lub w ogóle jakąś pracę, jakieś przywileje, talony i inne wyróżnienia jakimi obdarowuje się osoby miłe władzy. Toteż po zakończeniu prelekcji, nawet życzliwi dotychczas "Solidarności" uczestnicy spotkania opuszczali salę z niesmakiem i z zażenowaniem. Nie spodziewali się bowiem, by ludzie szermujący nieustannie hasłami demokratycznymi, pluralizmem, wolnością słowa, przekonań, poglądów, opinii, sądów w praktyce brutalnie zwalczali te wartości, gdy stają się one im niewygodne.

    Zetknęli się bowiem z klasycznym przykładem, gdy nawyki zamordyzmu i nietolerancji stają się silniejsze od propagandowych haseł. Był to przykład wielce pouczający, nie tylko dla studentów, ale także dla tych wszystkich, którzy mieli jeszcze resztki złudzeń i nadziei związanych z byłą korowską "Solidarnością".

    Myślę, że gdyby doszło obecnie do manifestacji niezadowolenia na tle warunków socjalnych, społecznych lub politycznych, to z pewnością nie będzie w nich przewodzić "Koro-Solidarność".

    Społeczeństwo nie poprze akcji, którymi mieliby kierować ludzie tak skompromitowani, tak mierni moralnie, mający tak spaczone pojęcie o demokracji i innych wartościach społecznych.

    Słowem społeczeństwo, nawet niechętne ekipie rządzącej, nie zaufa po raz drugi tym, którzy je tak zawiedli i haniebnie oszukali.

    Wrocław, kwiecień 1988 r.”

    P.S. Niestety w rok później społeczeństwo zaufało i płaci za to do dziś. /Autor/

    (1) Autorem książki był Włodzimierz Suleja, działacz partyjny, obecnie dyrektor Oddziału IPN we Wrocławiu

    LIST DZIAŁACZKI –

    Magdaleny Żaboklickiej z Wrocławia

    Do Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” we Wrocławiu

    „ Na początku wyjaśniam; to, co napiszę dotyczyć będzie zebrania, które odbyło się w piątek (17.10.1980), W auli Politechniki (Wrocławskiej, przyp., LS.), A raczej spraw tam poruszanych. Właściwie powinnam zabrać głos na zebraniu, tak nakazywało mi moje sumienie. Jeżeli tego nie zrobiłam to, dlatego, że należę do osób nieśmiałych, nie umiem przemawiać publicznie, a ponadto zanim wypowiem swoje zdanie, muszę sobie rzecz najpierw przemyśleć. A więc przemyślałam, ale niesmak i przygnębienie, jakie napełniły mnie niektóre fragmenty zebrania, niektóre wypowiedzi, a może jeszcze bardziej reakcja sali na te wypowiedzi nie opuściło mnie dotąd. Wybaczcie, że piszę o swoich osobistych odczuciach. Cóż mogą one obchodzić Was. Którzy macie tyle i tak doniosłych obowiązków na swoich barkach? A jednak wysłuchajcie, bo to jest głos z dołu”, i to głos – wierzę w to, na pewno nie odosobniony, wyrażający odczucie jakiejś części aktywu związkowego. Chodzi mi tu o sprawę dr Skonki, ale nie o niego ”jako takiego”, lecz o to, co się wokół tej osoby dzieje, i jak się dzieje. Właśnie jak się dzieje. Z dr Skonką zetknęłam się po raz pierwszy na szkoleniach prowadzonych w pierwszej połowie września (1980 r.) w budynku przy placu Czerwonym, gdy w dusznej, przepełnionej sali po kilka godzin dziennie wykładał takim jak ja „świeżo upieczonym” aktywistom związkowym „abecadło związkowe”. Jego widoczne dla wszystkich zaangażowanie i jego trud budziły uznanie słuchaczy. Wybaczcie mi, że pozwolę sobie znów na osobiste wynurzenia: wstępowałam w tym okresie czasu często do Waszej siedziby, nawet już nie koniecznie po komunikaty, czy konkretne informacje, ale czasem tylko z zewnętrznej potrzeby, jak do miejsca – wybaczcie patos, z którego bije źródło Odnowy. W tym, że taki kult czułam do tego miejsca była niemałą zasługą właśnie dr Skonki. Potem były jakieś, niezbyt jasne dla „szerokiego aktywu” oświadczenia, bodaj, że w Komunikacie nr 4 i jakieś jeszcze mniej jasne!!) Pogłoski, z których wynikało, że drogi dr Skonki i Prezydium MKZ rozeszły się.. Trochę dziwiliśmy się (mówię o paru osobach, które również bywały na wykładach i z którymi zdarzało mi się na ten temat rozmawiać, ale nawet nie tak bardzo, bo przecież taki to już teraz burzliwy czas, że ciągle i chyba wszędzie ścierają się poglądy, opinie, przekonania, wybuchają spory i sprzeczki. Potem było zebranie w dniu 3 października, na którym wasze Prezydium przedstawiło się delegatom z zakładów pracy, i na którym omówiono działalność MKZ. Mówiono także o prowadzonym przez MKZ szkoleniu. Wymieniono jako pioniera p. Skowrońskiego( przepraszam, jeśli pomyliłam nazwisko), a o Skonce nic. Jakby nigdy nie istniał. Byłam niemile zaskoczona, naturalnie nie tylko ja jedna. Sądziłam, bowiem, że niezależnie od tego, czy Skonka się „odłamał”, czy nie, należało przecież wspomnieć o nim), O wkładzie jego pracy, zwłaszcza, że wkład ten był przecież niemały. Ale jeszcze i to przemilczenie można by uznać za gafę, niemiłą, ale wybaczalną, w tym gorącym okresie. Jednak to, czego widownią stała się aula Politechniki, gafą już nazwać się nie da. To było gorszące i zasmucające widowisko. Już sposób, w jaki niszczył, ( bo chyba tylko tak można to określić) Skonkę p. mecenas Kaszubski, nie był piękny, ale cóż p. Kaszubski jest prawnikiem, a oni - wiadomo – przywykli z człowieka, o którym mówią robić anioła lub diabła, w zależności od tego, czy bronią, czy też oskarżają; to już takie ich „ skrzywienie zawodowe”. (1)

    Trudno, bardzo trudno uwierzyć nam, którzyśmy słuchali wykładów dr Skonki, aby był on agentem, jak to nader wyraźnie insynuował w swoim krasomówczym wystąpieniu mec. Kaszubski.

    Oczywiście Skonka mógł nie mieć racji i pewnie jej rzeczywiście nie miał twierdząc, że powinny powstać związki regionalne, a nie jeden ogólnopolski. Ale przecież taki sam pogląd wyznawali podobno - jak to nas chyba właśnie p. Kaszubski uświadamiał na poprzednim zebraniu – głosili przedstawiciele gdańskiego MKZ, a mimo to nikt nie poddawał w wątpliwość ich intencji). Uważam, że wystarczyło w swoim czasie oświadczyć, – bo jednak ludziom się jakaś informacja należała-, że pan Skonka nie jest już członkiem Prezydium, ponieważ obstawał przy swoich poglądach na niektóre kwestie ruchu związkowego, wbrew zdaniu większości Prezydium MKZ, wobec czego obecnie w tym, co głosi nie reprezentuje już MKZ-etu, a jedynie siebie samego. I to byłoby w porządku. Mniejsza jednak o wypowiedź p. Kaszubskiego, bo to, co było dalej było znacznie gorsze. Wystąpił ten młody człowiek, nazwiskiem chyba Jabłoński (Zenon, przyp. LS) i zaczął dość nerwowo, ale przecież nie obraźliwie, wygłaszać zarzuty pod adresem Prezydium. (2) Z sali zaczęły się gwizdy i protesty. I wtedy, prowadzący zebranie, zamiast uciszyć salę, kazał mu zejść z mównicy.

    Nie należało tego robić. I to kimkolwiek mówca by był i cokolwiek chciałby powiedzieć. To się niestety nazywa tłumienie krytyki, a tego Wam, szermierzom demokracji pod żadnym pozorem robić nie wolno. W naszym Związku przecież ma być lepiej, szczerzej, sprawiedliwiej niż w tych starych instytucjach, przeciwko, którym występujemy. To prawda, że teraz jest czas walki i bardzo ważna jest jedność, ale przecież najważniejsza jest Demokracja. Bo to o nią walczymy. A nie można o nią walczyć gwałcąc jej zasady. Nie mówmy sobie, że to tylko teraz, na razie tak musimy. Jeżeli tak zaczniemy, to później będziemy te metody stosować i zawsze znajdziemy na nie jakieś usprawiedliwienie.

    Najbardziej przerażające i odrażające było wystąpienie ostatniego mówcy ( tego z Kontroli Dochodów Państwa, nazwiska nie zanotowałam). Typowy demagog w najgorszym tego słowa znaczeniu. Miotał się i rzucał obelgami, a ludzie na sali pobudzeni w swoich najniższych (zdajmy sobie z tego sprawę) instynktach, żywiołowo klaskali, zaś Prezydium... Słuchało i akceptowało.

    A ja słuchałam i przypominały mi się różne wstrząsające sceny z literatury i filmów, np. nazistowskie wiece, gdy Hitler dochodził do władzy; albo obrazek, jak rozjuszony tłum kamieniuje kobietę, dobrze nie wiedząc, za co, to znów, gdy linczują Murzyna i jeszcze inne tym podobne.

    Powtarzam nie chodzi mi o Skonkę i jego zwolenników, choć oczywiście nie jest dobrze, jeśli ich krzywdzicie, ale nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest to, że historyczny wir wydarzeń wyniósł Was na piedestał. Przypadła Wam ważna i zaszczytna rola. Ku wam wracają się teraz z nadzieją oczy i serca społeczeństwa. Nie zapominajcie, więc co sobą reprezentujecie i jaką stratę poniesie idea, której służycie, jeżeli nie będziecie umieli godnie jej służyć. Powiesiliście na sali, w której odbywało się zebranie Krzyż. Inna sprawa, czy to stosowna okazja, aby Go wieszać, ale jeżeli już powiesiliście to pamiętajcie, co on symbolizuje. Strzeżcie się, aby w imię Krzyża nie zapalać stosów dla czarownic. Jest to, bowiem największa krzywda, jaką człowiek może wyrządzić Bogu.

    Maria Magdalena, Żaboklicka, Wrocław ( podkreślenia red.) (3)

    Jak się okazało ostrzeżenie miało proroczy charakter? Istotnie „Solidarność” zapaliła stosy dla nieprawomyślnych Polaków i płoną one nadal pod tym samym szyldem.
    1. Tadeusz Kaszubski, adwokat, okazało się obecnie, że był agentem SB, nasłanym przez te służby.
    2. Zenon Jabłoński, przewodniczący Zarządu „Solidarności” w Urzędzie Pocztowym Nr 2 we Wrocławiu, usunięty z funkcji przewodniczącego po tym wystąpieniu na polecenie Zarządu regionu NSZZ „S” Dolny Śląsk
    3. Magdalena Żaboklicka, przewodnicząca „Solidarności” w “Domarze” ( 3 tys. zatrudnionych); zrzekła się tej funkcji po tym wiecu.

    http://www.aferyprawa.eu/Artykuly/Frasyniuk-i-sprzedana-Solidarnosc-DLACZEGO-FRASYNIUK-BRONI-SB-ekow-1486
    PiS kontynuuje tradycje KOR-u
  • ...
    Wspomnienia Mirosława M.Krupińskiego fragment o Frasyniuku

    Gdzieś na przełomie lat 82/83 przywieziono do Łęczycy Władysława Frasyniuka. Przez kilka dni trzymano go oddzielnie a następnie „dokwaterowano” do nas. Było nas już wtedy ponad dziesięciu i od czasu do czasu zmieniano nam strategicznie cele. Po jednej z takich roszad znalazłem sie sam na sam z Frasyniukiem w małej celi z czterema pryczami. Zastanawiałem sie nad celem takiej rozrzutności metrażowej – cele były zwykle przepełnione, a tutaj pomimo dwóch pustych prycz nie dokwaterowano nam nawet wtyczki (byli tacy). Najmniej machiawelicznym wytłumaczeniem mogło być że cela miała dobry podsłuch i chciano posłuchać naszych rozmów.

    Rozbawiony pomyślałem że słuchających spotka raczej zawód bo Frasyniuka za tytana intelektu raczej nie uważałem - przeto szans na ekstrawertyczne dyskusje z mojej strony nie było. W jakimś jednak stopniu sie pomyliłem – Władek miał dziwnie wiele do powiedzenia. Nie mówił wprawdzie własnym językiem tylko cytatami z Michnika, Kuronia & Co, ale mówił zadziwiająco wiele i zadziwiająco płynnie. Wręcz recytował. Nie było w tym „prawie monologu” nic o „Solidarności” członkami KK której obaj byliśmy, ani o sytuacji Polski której wykładnikiem była nasza obecność w Łęczycy. Było natomiast bardzo wiele o strategii dojścia do władzy i o władzy tej przyszlym składzie. A ów referowany skład byl z grubsza taki, jak to dziś bym określił, pomagdalenkowy – czyli Frasyniuka idole, Frasyniuk i ci co z nimi trzymać będą.

    Frasyniuk mówił, a mnie przed oczami rysowała sie scena z Sienkiewiczowego potopu, kiedy to książę Bogusław Kmicicowi o postawie czerwonego sukna referował…

    Do tej pory nie jestem pewien co było powodem tej wylewności. Może wcześniejsza ulotka Grunwaldu, która po storpedowaniu Zjazdu tej organizacji w Grunwaldzie w lipcu 1981 i zapobieżeniu druku materiałów zjazdowych przez Zarząd Regionu Warminsko Mazurskiego, którego byłem wybranym właśnie przewodniczącym, deklarowała mnie Żydem. Może inspiracja Kiszczaka & Co, którzy mogli uważać mnie za kandydata na przyszłego magdalenkowca. Może wreszcie Frasyniukowe mniemanie że nikt okazji przyłączenia sie do przyszłej waadzy sie nie oprze i będzie o jej względy czynem i lojalnością zabiegał. Najbardziej dziś prawdopodobna wydaje mi sie mieszanina wszystkich trzech powodów - bo przecie ktoś musiał nam to tet a’tet w pół pustej celi zorganizować, a mój „wykładowca teorii przyszłej waaadzy” mówił otwarcie jak do swojego.

    A ja go, nieszczęsny, zbyłem jak głupiego dzieciaka i wyśmiałem (nie próbując nawet, z uwagi na spodziewany podsłuch i Frasyniuka własne walory intelektualne, polemizować) wywołując najpierw zdziwienie i konsternację, a następnie wyraźną wrogość. Musi co jakiś plan w stosunku do mnie się wtedy rypnął… Czyj?

    Była jeszcze później jakaś próba z jego strony podsunięcia mi do podpisania deklaracji że „uważam TKK za jedyną siłę przewodnią i reprezentację „Solidarnosci” i społeczeństwa”, a kiedy i to wyśmiałem – zostaliśmy wrogami. Właściwie - Frasyniuk został moim wrogiem, bo ja go po prostu lekceważyłem. Lekceważyłem niesłusznie – jak dowiodła późniejsza Magdalenka, której prescenariusz było mi dane wysłuchać w cztery oczy od Władyslawa Frasyniuka w wiezieniu w Łęczycy na początku roku 1983.

    A teraz powróćmy do wzmiankowanego na wstępie obrzydlistwa:

    Jakiś czas po sprzecznym z moimi intencjami wniosku BPBK o ułaskawienie, chyba w drugiej połowie maja lub w czerwcu, do ZK Łęczyca przyjechała grupa kilku wyglądających na wysokich oficjeli cywilów MSW, aby wybadać co z „ułaskawiania Krupinskiego” można zrobić. Zrobić nie można było nic bo moje stanowisko w sprawie ułaskawiania na dwa miesiące przed wiszącą w powietrzu amnestią zostało zadeklarowane przez opisaną wcześniej rozmowę z naczelnikiem i poprzez cenzurowany list od mojego adwokata potwierdzającego moje polecenie nie składania przez niego ani przez moją rodzinę prośby o ułaskawienie. Niemniej, ponieważ „władza” wydawała się desperacko szukać zainteresowanych amnestią – przybysze pod koniec nieudanej rozmowy zaczęli prosić abym przynajmniej zadeklarował czy „usunięty z wiezienia wbrew mojej woli” będę naruszał prawo.

    W zasadzie mogłem to zignorować, ale doszedłem do wniosku że jest to okazja do podkreślenia jeszcze raz legalności wszystkich moich działań w stanie wojennym i nielegalności tego stanu. Jak już dużo wcześniej pisałem – w dniu aresztowania (16.12.81) złożyłem opierającemu się UBekowi pisemne oświadczenie, że stan wojenny jest nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Zostało to wypunktowane w moim akcie oskarżenia oraz stało się linią obrony jednego z moich obrońców – mecenasa A. Muży. Teraz miałem okazję postawić kropkę nad „i”. Z poważną miną wziąłem podsuwaną kartkę i napisałem (cytuję z przekazanego wówczas żonie, dla olsztyniakow, zapisu z pamięci, który dotąd mam): „“Oświadczam że nie zamierzam podejmować żadnych działań sprzecznych z prawem. Równocześnie oświadczam, że nigdy nie występowałem spoza węgła ani cudzych pleców, a wszystkie swoje działania firmowałem własnym nazwiskiem, ponosząc za nie pełną odpowiedzialność. Ten sposób postępowania zamierzam kontynuować nadal”.



    Odbierający to expose esbek zgrzytnął zębami i rozmowa się skończyła. Zadowolony z zagrywki opowiedziałem o wydarzeniu po powrocie do celi, nie wywołując nadmiernego zainteresowania u naszej chyba dziesięcioosobowej grupy. Z jednym wyjątkiem – Władysława Frasyniuka, który zaczął marudzić że „on jest Roch a to pani Kowalska” – czyli że „podpisać jest podpisać”, bez względu na to co. Dyskusja mijała sie z celem bo tytanem intelektu, jak już wspomnialem, to Frasyniuk nie był. Jak sam często deklarował – uznawał jedynie „głupotę nie maskowaną wyższym wykształceniem” - a tej mu nie brakowało. Zaczął coś poszeptywać z dwoma wielbicielami-adiutantami po kątach i okazywać mi wyraźną wrogość. Ponieważ wrogość okazywał już wcześniej, za każdym razem kiedy nie wpadałem w ślepy zachwyt nad jego cytatami Michnika, Kuronia & Co – pogodnie to zignorowałem.

    W międzyczasie wydarzyły sie dwie nastepne rzeczy – otrzymałem odmowę ułaskawienia, co zgrzyt zębów SBeka zapowiedział mi już wcześniej, a żona w czasie odwiedzin nadmieniła o plotkach w Olsztynie, że ja „wstąpiłem do SBecji”. Załatwiłem, jak mi sie wydawało, obie sprawy jednocześnie przekazując jej podpisaną przez Jabłońskiego odmowę łaski miłościwej PRL reprezentowanej przez Radę Panstwa, nad Krupińskim, a przy okazji na odwrocie tego dokumentu napisany w czasie widzenia tekst owego niekoszernego oświadczenia i kilka słów na temat metod działania prowokatorów. Było to na początku lipca. Wybiegając nieco poza ramy czasowe tej książki – po powrocie do Olsztyna zaobserwowałem zjawisko pewnego ode mnie dystansu otoczenia – co mnie dość cieszyło, bo ogonów za sobą byłem pewny i nikogo im na oczy naprowadzić nie chciałem. W mieszkaniu miałem, w tym samym celu, napis „uwaga podsłuch” na ścianie przedpokoju.

    Wybiegając jeszcze dalej – sytuacja owego dystansu trwała aż do mojego wyjazdu do Australii w maju 1987 roku, co pozwoliło mi na odrabianie zaległości w wędkowaniu i borykanie się ze znalezieniem źródeł dochodu w miejsce poprzedniej pracy, której mnie pozbawiono. Moje obrzydzenie sytuacją jednak rosło, przyczyniając sie w jakimś stopniu do decyzji wyjazdu, głównie tym że nikt jakoś nie miał odwagi powiedzieć mi o powodzie owego dystansu w oczy ani zapytać o moją własną relację. Jedynym który o jakichś „moich grzechach” napomknął był przeprowadzający w dniu mojego wyjazdu wywiad ze mną „dziennikarz podziemia”, który na taśmie się nie przedstawił i którego nazwiska nie pamiętam. Wyśmiałem go pogodnie, bo taką to u mnie reakcję wtedy wzbudzało. Wywiad, jak się niedawno dowiedziałem, poszedł na piśmie w wydawnictwie podziemnym w dwóch sfałszowanych i pokrojonych częściach jesienią 87 i wiosną 88. Mam swoją jego taśmę, co pozwoliło porównać moje wypowiedzi z fotokopiami owych falszywek. O zasięgu zaplecowego opluwania przez Frasyniuka & Co dowiedziałem się dopiero teraz, po czternastu latach, co jest powodem iż o ten wątek tematyczny „Zaułki Zbrodni” tu rozszerzam. Dodam jeszcze, w temacie już będąc, trochę rozważań:

    Nie wiem czy Frasyniuk już w czerwcu roku 1983, w wiezieniu w Łęczycy, był człowiekiem przejętym gdzieś po drodze przez Kiszczaka i jego służby. Mógł być, mógł nie być. Z pewnoscią był pod kontrolą późniejszych magdalenkowcow, tych ex czerwonych, spoza władz „Solidarnosci” z wyboru – o czym swiadczą jego wypowiedzi w czasie obrad w Magdalence, zarejestrowane w zapisie rozmów okrągłostołowych autorstwa Krzysztofa Dubińskiego “Magdalenka transakcja epoki”. Polecam szczególnie uwadze zawartą tam deklarację Frasyniuka pod adresem Kiszczaka: “dla dobra kraju, dla dobra społeczeństwa które wam nie wierzy i które nie chce was słuchać, staramy sie zapewnić waszą wiarygodność”… (str 29 w/w książki). Mógł być na usługach jednych i drugich, bo w końcu i tak okazało się że było to i jest towarzystwo wzajemnej adoracji.

    http://www.blogmedia24.pl/node/9261
    PiS kontynuuje tradycje KOR-u

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

ULUBIENI AUTORZY

więcej