Gorące tematy: COVID-NEWS Antypartia Ruch Oporu 2020 Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
94 posty 624 komentarze

Dwa głosy na temat autonomii regionów

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Ciekawa polemika Jana Matusiewicza z Tomaszem Cukiernikiem.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 
Tomasz Cukiernik „Autonomia oznacza decentralizację”
 
PiS głośno sprzeciwia się wszelkim dążeniom autonomicznym, szczególnie potępiając Ruch Autonomii Śląska, który uważany jest za organizację antypolską i proniemiecką. Jakiś czas temu wielkie poruszenie wywołały deklaracje Dietera Przewdzinga, burmistrza podopolskich Zdzieszowic, który stwierdził, że chce autonomii dla Śląska, Małopolski i innych regionów, bo Warszawa rozkrada lokalny majątek. – Rządzący w Warszawie rozkradli cały nasz majątek i zrobili z nas biedaków – mówił Przewdzing. – Wszystko do Warszawy płynie. To niedopuszczalne. Słyszałem, że już Małopolska i Wielkopolska myślą o autonomii i daj Boże, żeby im się to udało – dodał. „W regionalizacji Polski chodzi o uniezależnienie się od Warszawy, od tego molocha, który łupi wszystkich równo. Molocha, który zabiera dużo więcej, niż daje, a co gorsze – decyduje o przeznaczeniu środków” – piszą wielkopolscy autonomiści.
Utopić janosikowe
Autonomia regionów nie oznacza niepodległości, lecz to, że władze są bliżej spraw mieszkańców. Dzięki temu wiedzą, jak lepiej rządzić, a z drugiej strony – łatwiej patrzeć im na ręce. W 1999 roku wprowadzenie dwóch dodatkowych szczebli samorządowych poszło w dobrym kierunku, ale reforma była zła w tym sensie, że po pierwsze, województwa powinny być większe, a po drugie, powiaty nie są potrzebne, bo generują tylko dodatkową zbędną biurokrację. Bez sensu było utworzenie takich województw, jak opolskie czy lubuskie. „Zamiast regionów gospodarczych mamy słabe województwa, które za wypracowane dochody nie są w stanie się utrzymać” – uważają działacze Ruchu Autonomii Wielkopolan. Dlatego województw powinno być nie więcej niż dziesięć.
Bardzo dobrze sprawdza się autonomia niemieckich landów, gdzie właśnie na tym poziomie załatwia się większość spraw. Ale musi być nadrzędność konstytucji, co podważa Ruch Autonomii Śląska. W regionie najważniejszą osobą powinien być marszałek (władza samorządowa), nie wojewoda (przedstawiciel rządu centralnego). Niestety w Polsce przyjęto francuski model centralistyczny. Na dodatek funkcjonuje tzw. janosikowe, czyli haracz płacony przez bardziej pracowite i bogatsze regiony na rzecz biedniejszych. Oznacza to, że nie opłaca się w Polsce pracować, lepiej czekać na mannę z nieba. Tymczasem w dobrze funkcjonującej autonomii fundamentalną kwestią są pieniądze. – 80 procent dochodów powinno zostawać w regionie, na miejscu. Wtedy można mówić o samorządności. Jak się nie ma pieniędzy, to nie ma się jak rządzić. Na szczeblu centralnym wystarczy policja, armia i sądownictwo – mówi w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” Władysław Reichelt, były poseł, pierwszy prezydent Unii Wielkopolan i przedsiębiorca z Wielkopolski. – Janosikowe trzeba utopić, bo musi być rywalizacja między regionami – dodaje. – Powinniśmy mieć prawo decydowania o własnym losie, zwłaszcza o tym, na co wydawane są nasze pieniądze – mówiła w 2011 roku podczas Marszu Autonomii Śląska zorganizowanego w Katowicach Natalia Pińkowska, członkini RAŚ, który proponuje wprowadzenie silnych, autonomicznych województw.
Działacze Ruchu uważają, że „większość problemów może być skuteczniej rozwiązywana na poziomie wspólnot lokalnych i regionalnych”. Idea RAŚ i Unii Wielkopolan jest jak najbardziej aktualna. Trzeba doprowadzić w końcu do autonomii dużych silnych regionów, likwidując centralizm z Warszawy, co dzięki konkurencji przyczyni się do rozwoju. Między regionami musi być rywalizacja, także podatkowa (tak jak między amerykańskimi stanami). Kiedy wszystko idzie do jednego kotła, to wiadomo, jak to się kończy. Już w okresie Polski dzielnicowej mało było wojen, a gospodarka się rozwijała. – Poznań, kiedy uzyskał prawa miejskie w XIII wieku, to do czasu potopu szwedzkiego był jednym z najlepiej rozwijających się i najbogatszych miast, dlatego że funkcjonowała jurysdykcja biskupia, a na przykład ulice i kamienice były prywatne – przypomina Reichelt.
Kluczem konkurencja
Służba zdrowia czy edukacja powinna być zorganizowana na poziomie samorządu. Za regionalizacją, przynajmniej w edukacji, opowiada się Marcin Melon, nauczyciel i przewodniczący Stowarzyszenia na rzecz edukacji regionalnej „Silesia Schola” z Katowic. Edukacja regionalna, w przeciwieństwie do autonomii administracyjnej i gospodarczej, nie powinna budzić raczej większych kontrowersji. W interesie wszystkich mieszkańców regionu leży przecież to, by jego najmłodsi mieszkańcy wiedzieli o nim jak najwięcej i czuli z nim więź. Bez tego poczucia więzi nie można w pełni poczuć się gospodarzem swojej „małej ojczyzny” – mówi „Najwyższemu Czasowi!” Melon. – Tymczasem w chwili obecnej tej więzi nie ma, bo trudno czuć się związanym z czymś, czego się nie zna. Przypomnę krótko wyniki badań z 2009 roku: 90 procent młodych Ślązaków nie zna ani jednego wydarzenia czy postaci z dziejów swojego regionu. Podobnie jest z naszą regionalną kulturą, znajomością śląskiej godki, mało tego, większość nastolatków nie zna nawet granic Śląska. Na Śląsku sytuacja jest wyjątkowo trudna, bo przecież historia tego regionu znacznie różni się od historii reszty terytorium dzisiejszej Polski. Podobnie jest z naszą regionalną kulturą, znajomością śląskiej godki, mało tego, większość nastolatków nie zna nawet granic Śląska. Dlatego między innymi w ubiegłym roku powstało Stowarzyszenie na rzecz edukacji regionalnej „Silesia Schola”, które skupia nauczycieli zajmujących się nauczaniem o regionie oraz wszystkie inne osoby życzliwe tej idei – zaznacza.
Zdaniem Władysława Reichelta najlepiej, by w każdym województwie istniały konkurencyjne systemy w różnych dziedzinach – wtedy rynek pokaże, który jest najlepszy. Region ma też wytwarzać polityków. To oznaczałoby koniec rządów zza biurka centrali w Warszawie. Unia Wielkopolan ma wiele pomysłów na usprawnienie różnych dziedzin życia gospodarczo-społecznego. Powołała Instytut Jakości, który nadaje znaki jakości produktów przedsiębiorców z regionu, wspierając w ten sposób lokalny biznes. Jest także autorem projektu kas chorych w służbie zdrowia. Minimalna składka miałaby wynieść 10 procent płacy, a ponadto funkcjonowałyby ewentualne dobrowolne dodatkowe wpłaty. Składki miałyby leżeć na koncie pacjenta w kasie chorych i procentować. U lekarza pacjent podpisywałby fakturę za usługę, a część mógłby zapłacić na miejscu. Następnie lekarz wysyłałby faktury do kasy chorych, która zwracałaby mu koszty. – Z kolei lekarze 1 procent ze składek ubezpieczeniowych wpłacaliby do kasy chorych. Kasa chorych kupowałaby gabinety, sale operacyjne, urządzała wszystko. Potem taką salę chirurg wynajmowałby na konkretną operację – mówi Reichelt. – I pieniądz krąży bez zbędnych urzędników – dodaje. Inicjatywą Unii Wielkopolan była też spółka Autostrada Wielkopolska SA – autostradę A2 ukończono, co trudno powiedzieć o niektórych innych inwestycjach drogowych w Polsce.
Za autonomią regionów w sensie gospodarczym lub kulturalnym opowiada się Kongres Nowej Prawicy, w tym także jego lider Janusz Korwin-Mikke, jednocześnie sprzeciwiając się jakimkolwiek dążeniom do uzyskania przez regiony autonomii politycznej. – KNP popiera postulaty Ruchu Autonomii Śląska dotyczące niektórych zagadnień gospodarczych i kulturalnych. Z drugiej strony za niedopuszczalne uważamy stanowisko RAŚ, aby „prawo lokalne miało pierwszeństwo przed krajowym-ogólnopolskim” – stwierdził Wiesław Lewicki, prezes Regionu Śląsko-Dąbrowskiego KNP. – W przypadku Górnego Śląska droga do decentralizacji powinna wieść właśnie przez autonomię, czyli to, co totalitarna władza brutalnie zabrała temu regionowi – mówił w „Gońcu Wolności” Jacek Spendel, były szef KoLibra, mieszkający w Katowicach szef wolnorynkowej Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości. – Chciałbym, aby środowisko konserwatywno-liberalne opowiedziało się właśnie za silniejszymi regionami, czyli za tym, co lokalne, tradycyjne. W Stanach Zjednoczonych to właśnie siły lewicowe domagają się wzmocnienia rządu federalnego kosztem stanów, zaś ruchy społeczne utożsamiane z szeroko pojętą prawicą stają w obronie swoich małych ojczyzn i ich tożsamości – dodał.
Wzorem Hongkong
Poza Górnym Śląskiem i Wielkopolską także inne regiony myślą o autonomii. Idee regionalizmu na Dolnym Śląsku, jednym z najsilniejszych gospodarczo regionów Polski, promuje kilka organizacji, w tym m.in. stowarzyszenie Silesia Restituta, które podkreśla, że chce przywrócić „jego dawny blask i potęgę”. W 2011 roku w Mrągowie powstał Ruch Autonomii Mazur, który nastawia się przede wszystkim na rozwój gospodarczy regionu, krytykując politykę rządu centralnego wobec Mazur. Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie opowiada się za „rozbudzaniem szerokiej inicjatywy dla wszechstronnego rozwoju, kulturowego, społecznego i gospodarczego” swojego regionu. Także w Związku Podhalan, który pielęgnuje kulturę i obyczaje praojców, wspiera lokalny rozwój gospodarczy i ochronę środowiska, pojawiają się elementy autonomii tego regionu.
Choć Unia Europejska wspiera regionalizmy (także ponadgraniczne), to potępia wszelką konkurencję i wszędzie ma być tak samo. Unijne, jak i warszawskie władze próbują wszystko wyrównywać za pomocą regulacji i przepływu pieniędzy od lepszych do gorszych (dotacje, janosikowe). W efekcie nie opłaca się być lepszym, „bo i tak ci zabiorą”. Większość polskich firm, jak i oddziałów zagranicznych koncernów w Polsce ma swoją siedzibę w Warszawie. W ten sposób bogacą tylko to miasto, choć sprzedają swoje usługi i produkty w całej Polsce. Ich siedziby nie zostały ulokowane w stolicy, bo są tu lepsze warunki rozwoju stworzone przez biurokratów, tylko dlatego, że jest bliżej do korupcyjnego światka polityki i urzędów, w których trzeba załatwiać mnóstwo papierów. Ta centralizacja hamuje rozwój regionów. Korzysta tylko Warszawa, a prowincja podupada, skoro nawet nie może konkurować zmniejszeniem regulacji czy podatków. A dlaczego Gdańsk czy Rzeszów nie mógłby utworzyć specjalnej strefy ekonomicznej, aby zachęcić do inwestycji? Tak z niczego powstało ogromne nowoczesne miasto Shenzhen w Chinach.
Taką koncepcję „polskiego Hongkongu” zaproponował Jan Fijor, publicysta i wydawca wolnorynkowych książek. Podsunął pomysł utworzenia w województwie zachodniopomorskim strefy wolnościowej z prawdziwego zdarzenia, która miałaby obejmować 6-7 powiatów. W strefie realizowano by idee państwa minimum, a władze w Warszawie odpowiadałyby tylko za bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, wymiar sprawiedliwości oraz politykę zagraniczną. – Bardzo ciekawy pomysł. W obecnej sytuacji, może faktycznie lepiej będzie próbować wyrwać choć kawałek Polski z systemu, który niszczy przedsiębiorczość i wszelką innowacyjność – skomentował Artur Dziambor, wiceprezes KNP. – Wątpię, aby obecnie rządzący w ogóle zmieścili w głowach coś tak odbiegającego ze sterowanego przez nich świata, ale po wyborach, kto wie… – dodał.
Tomasz Cukiernik 
* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 46-47 tygodnika "Najwyższy CZAS!" z 2013 r.
 
 
 
 
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 
 
 
 
 
Jan Matusiewicz "Demontaż Polski oddolny"
 
[pogrubienia jak w oryginalnym tekście - pś]
 
Portal internetowy konserwatyzm.pl zamieścił pod datą 22 listopada 2013 r. tekst autorstwa p. Tomasza Cukiernika (opublikowany wcześniej w tygodniku „Najwyższy Czas!”, nr 46-47, 2013 r.) pt. „Autonomia oznacza decentralizację”, wyraźnie zachwalający koncepcję regionalizacji (landyzacji) Polski.

Czytamy w nim, co następuje: „W okresie przedwojennej autonomii Górny Śląsk bardzo dobrze się rozwijał nie dlatego, że miał węgiel, tylko że dobrze był zarządzany – lokalnie z Katowic, a nie z Warszawy – uważa Władysław Reichelt z Unii Wielkopolan. Także teraz autonomia regionów miałaby wiele pozytywów.

PiS głośno sprzeciwia się wszelkim dążeniom autonomicznym, szczególnie potępiając Ruch Autonomii Śląska, który jest uważany za organizację antypolską i proniemiecką. Jakiś czas temu wielkie poruszenie wywarła deklaracja Dietera Przewdzinga, burmistrza podopolskich Zdzieszowic, który stwierdził, ze chce autonomii dla Śląska, Małopolski i innych regionów, bo Warszawa rozkrada lokalny majątek. – Rządzący w Warszawie rozkradli cały nasz majątek i zrobili z nas biedaków – mówił Przewdzing. – Wszystko do Warszawy płynie. To niedopuszczalne. Słyszałem, że już Wielkopolska i Małopolska myślą o autonomii i daj Boże, żeby im się to udało – dodał. „„W regionalizacji chodzi o uniezależnienie się od Warszawy, od tego molocha, który łupi wszystkich równo. Molocha, który zabiera dużo więcej, niż daje, a co gorsze – decyduje o przeznaczeniu środków”” – piszą wielkopolscy autonomiści.

Utopić janosikowe

Autonomia regionów nie oznacza niepodległości, lecz to, że władze są bliżej mieszkańców. Dzięki temu wiedzą jak lepiej rządzić, a z drugiej strony – łatwiej patrzeć im na ręce. W 1999 r. wprowadzenie dwóch dodatkowych szczebli samorządowych poszło w dobrym kierunku, ale reforma była zła w tym sensie, że po pierwsze województwa powinny być większe, a po drugie powiaty nie są potrzebne, bo generują tylko dodatkową zbędną biurokrację. Bez sensu było utworzenie takich województw, jak opolskie czy lubuskie. „„Zamiast regionów gospodarczych mamy słabe województwa, które za wypracowane dochody nie są w stanie się utrzymać”” – uważają działacze Ruchu Autonomii Wielkopolski. Dlatego województw nie powinno być więcej niż dziesięć.

Bardzo dobrze sprawdza się autonomia niemieckich landów, gdzie na tym poziomie załatwia się wiele spraw. Ale musi być nadrzędność konstytucji, co podważa Ruch Autonomii Śląska. W regionie najważniejszą osobą powinien być marszałek (władza samorządowa), nie wojewoda (przedstawiciel rządu centralnego). Niestety w Polsce przyjęto francuski model centralistyczny. No dodatek funkcjonuje tzw. janosikowe, czyli haracz płacony przez bardziej pracowite i bogate regiony na rzecz biedniejszych. Oznacza to, że nie opłaca się w Polsce pracować, lepiej czekać na mannę z nieba. Tymczasem w dobrze funkcjonującej autonomii fundamentalną sprawą są pieniądze. – 80 procent dochodów powinno zostawać w regionie, na miejscu. Wtedy można mówić o samorządności. Jak się nie ma pieniędzy, to nie ma się jak rządzić. Na szczeblu centralnym wystarczy policja, armia i sądownictwo – mówi z rozmowie z „Najwyższym Czasem!” Władysław Reichelt, b. poseł, pierwszy prezes Unii Wielkopolan i przedsiębiorca z Wielkopolski. – Janosikowe trzeba utopić, bo musi być rywalizacja między regionami – dodaje…”.

Dalej p. Cukiernik konkluduje: „Idea RAŚ i Unii Wielkopolan jest jak najbardziej aktualna. Trzeba doprowadzić w końcu do autonomii dużych silnych regionów, likwidując centralizm z Warszawy, co dzięki konkurencji przyczyni się do rozwoju. Miedzy regionami musi być konkurencja , także podatkowa (tak jak między amerykańskimi stanami). Kiedy wszystko idzie do jednego kotła, to wiadomo, jak to się kończy. Już w okresie Polski dzielnicowej mało było wojen, a gospodarka się rozwijała...”.

Po tym ogólnym wprowadzeniu w temat padają konkretne propozycje i polityczne deklaracje środowiska libertariańskiego: „(…)Służba zdrowia czy edukacja powinna być zorganizowana na poziomie samorządu. Za regionalizacją, przynajmniej w edukacji, opowiada się Marcin Melon, nauczyciel i przewodniczący Stowarzyszenia na rzecz edukacji regionalnej „„Silesia Schola”” z Katowic. Edukacja regionalna, w przeciwieństwie do autonomii administracyjnej czy gospodarczej, nie powinna raczej budzić większych emocji. (…)

Za autonomią regionów w sensie gospodarczym lub kulturalnym opowiada się Kongres Nowej Prawicy, w tym także jego lider Janusz Korwin-Mikke, jednocześnie sprzeciwiając się jakimkolwiek dążeniom do uzyskania przez regiony autonomii politycznej. – KNP popiera postulaty RAŚ dotyczące niektórych zagadnień gospodarczych i kulturalnych. Z drugiej strony za niedopuszczalne uważamy stanowisko RAŚ, aby „„prawo lokalne miało pierwszeństwo przed krajowym-ogólnopolskim”” – stwierdza Wiesław Lewicki, przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego KNP...”.

Dowiadujemy się także z cytowanego tekstu, iż idea dalej lub mniej posuniętej regionalizacji krzewi się także w innych częściach Polski: „(…)Poza Górnym Śląskiem i Wielkopolską także inne regiony myślą o autonomii. Idee regionalizmu na Dolnym Śląsku, jednym z najsilniejszych gospodarczo regionów Polski, promuje kilka organizacji, w tym m.in. stowarzyszenie Silesia Restituta, które podkreśla, że chce przywrócić „ „jego dawny blask i potęgę””. W 2011 roku w Mrągowie powstał Ruch Autonomii Mazur, który nastawia się przede wszystkim na rozwój gospodarczy regionu, krytykując politykę rządu centralnego wobec Mazur. Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie opowiada się za „rozbudzaniem szerokiej inicjatywy dla wszechstronnego rozwoju, kulturalnego, społecznego i gospodarczego” swojego regionu. Także w Związku Podhalan, który pielęgnuje kulturę i obyczaje praojców, wspiera lokalny rozwój gospodarczy i ochronę środowiska, pojawiają się elementy autonomii tego regionu…”.

W tym miejscu autor czyni następujące istotne zastrzeżenie: „(…)Choć UE wspiera regionalizm (także ponadgraniczny), to potępia wszelką konkurencję i wszędzie ma być tak samo. Unijne, jak i warszawskie władze próbują wszystko wyrównywać za pomocą regulacji i przepływu pieniędzy od lepszych do gorszych (dotacje, janosikowe). (…)Większość polskich firm, jak i oddziałów zagranicznych koncernów w Polsce ma swoją siedzibę w Warszawie. W ten sposób bogacą tylko to miasto, choć sprzedają swoje usługi i produkty w całej Polsce. Ich siedziby nie zostały ulokowane w stolicy, bo są tu lepsze warunki rozwoju stworzone przez biurokrację, tylko dlatego, że jest bliżej do korupcyjnego światka polityki i urzędów, z którymi trzeba załatwiać mnóstwo papierów. Ta centralizacja hamuje rozwój regionów. Korzysta tylko Warszawa, a prowincja podupada, skoro nawet nie może konkurować zmniejszeniem regulacji czy podatków. A dlaczego Gdańsk czy Rzeszów nie mogłyby utworzyć specjalnej strefy ekonomicznej, aby zachęcić do inwestycji? Tak z niczego powstało ogromne nowoczesne miasto Shenzhen w Chinach…”.

Wreszcie, na sam koniec, p. Cukiernik formułuje swój finalny postulat: „(…)Taką koncepcję „„polskiego Hongkongu”” zaproponował Jan Fijor, publicysta i wydawca wolnościowych książek. Podsunął pomysł utworzenia w województwie zachodniopomorskim strefy wolnościowej z prawdziwego zdarzenia, która miałaby obejmować 6-7 powiatów. W strefie realizowano by idee państwa minimum, a władze w Warszawie odpowiadałyby tylko za bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne i wymiar sprawiedliwości oraz politykę zagraniczną. – Bardzo ciekawy pomysł. W obecnej chwili może faktycznie lepiej będzie próbować wyrwać kawałek Polski z systemu, który niszczy przedsiębiorczość i wszelką innowacyjność – skomentował Artur Dziambor – wiceprezes KNP…”.

Cóż, zacznę może od tej uwagi, że nie bardzo potrafię zrozumieć sądu p. Cukiernika, iż: „W 1999 r. wprowadzenie dwóch dodatkowych szczebli samorządowych poszło w dobrym kierunku, ale reforma była zła w tym sensie, że po pierwsze województwa powinny być większe, a po drugie powiaty nie są potrzebne, bo generują tylko dodatkową zbędną biurokrację”. Z punktu widzenia czysto logicznego stwierdzenie to nie bardzo trzyma się kupy. W końcu jak to jest– czy wprowadzenie tychże powiatów (jako jednego z tych dwóch dodatkowych szczebli samorządu) było ostatecznie potrzebne, czy też niepotrzebne; korzystne, czy też niekorzystne? A jeśli było niepotrzebne i niekorzystne, a jednocześnie, zdaniem p. Cukiernika, rzeczą wskazaną i pożyteczną było uzupełnić i rozwinąć system samorządowy kraju właśnie o dwa dodatkowe jego szczeble, to co konkretnie można by wykreować na miejsce owych niezbyt udanych i potrzebnych powiatów? Niestety, nie proponuje on żadnej alternatywy w tym miejscu.

Nie będę taił, że mam całkowicie odmienne zdanie na temat owej wymuszonej przez UE i przeprowadzonej pod jej dyktando reformy administracyjnej. Nie chodzi mi przy tym nawet tyle o te nieszczęsne powiaty. Chodzi mi głównie o likwidację istniejących do tamtej pory 49 województw i utworzenie w ich miejsce 16 dużych województw-księstewek, uposażonych szybko we własne godła, flagi, a nawet w osobne przedstawicielstwa „dyplomatyczne” w Brukseli. W sposób oczywisty chodziło w tym wszystkim tak naprawdę nie o ulepszenie administracji, nie o stymulację szybszego rozwoju gospodarczego, i tak samo nie o realizację właściwie rozumianej idei pomocniczości (a tym bardziej postulatów tzw. wolnościowych), ale o daleko idącą terytorialną dezintegrację państwa polskiego, o doprowadzenie do czegoś w rodzaju nowego podziału dzielnicowego.

To zadanie przerosło oczywiście w dużej mierze zamysły inicjatorów i wszelkie usiłowania wykonawców tej niszczycielskiej koncepcji, jako że separatyzmy regionalne są w polskich warunkach zjawiskiem generalnie niespotykanym, a poczucie wspólnej tożsamości narodowej nadal stosunkowo silne. Tworzenie zaś jakiegokolwiek poczucia czy tożsamości regionalnej odgórnie, w sposób całkowicie sztuczny, to zadanie w istocie praktycznie niewykonalne. Niemniej, usiłowania w tym kierunku były, tylko że twarde zderzenie z rzeczywistością szybko ostudziło zapał reformatorów-regionalistów. W rezultacie wspomniana reforma nie poszła w praktycznych skutkach aż tak daleko, jak to było zaplanowane. Niemniej jednak, przyniosła wiele szkód, a jedną z nich była daleko idąca degradacja wielu, może nawet większości dotychczasowych stolic wojewódzkich, sprowadzonych teraz do roli siedzib rachitycznych powiatów. Miałem wątpliwą przyjemność obserwować ten proces (oddalający wiele instytucji administracyjnych i urzędów szczebla wojewódzkiego od przeciętnego Kowalskiego, a tym samym raczej sprzeczny z zachwalaną w niniejszym tekście ideą maksymalnego zbliżenia władzy do obywateli) na własne oczy z racji zamieszkiwania w bliskim sąsiedztwie takiego właśnie miasta wojewódzkiego, szybko sprowadzonego do roli prowincjonalnego zaścianka. Gdyby obecnie istniejące województwa były jeszcze większe, gdyby było ich „nie więcej niż dziesięć”, zło byłoby jeszcze większe. To bardzo smutne i zarazem alarmujące, że postulaty p. Cukiernika i KNP (co jasno wynika z treści artykułu) w tym względzie idą dokładnie po linii oczekiwań Brukseli, która najchętniej widziałaby podział Polski na właśnie mniej więcej dziesięć tego rodzaju województw-regionów gospodarczych, ma się rozumieć – „zdolnych do samodzielnego utrzymania się”.

Przy całym moim krytycznym stosunku do PiS-u, śmiem twierdzić, że akurat w kwestii sprzeciwu względem ewentualnej regionalizacji (kandyzacji) Polski ugrupowanie to ma zupełną rację (pomijając już tu osobny problem stopnia jego szczerości w tej i w wielu innych kwestiach). Działalność RAŚ zasługuje na stanowcze potępienie, jakkolwiek nazywanie go wprost organizacją antypolską jest określeniem może nieco na wyrost ( jego proniemieckość jest absolutnie niekwestionowana). Choć z drugiej strony, prawdę mówiąc, jak inaczej zaklasyfikować organizację, która, jak to obnaża powyższy tekst, ma czelność wprost domagać się, żeby „prawo lokalne miało pierwszeństwo przed krajowym-ogólnopolskim”. To prawdziwy szczyt bezczelności, ocierający się wprost o zdradę stanu, którą tylko tak rachityczne, sprowadzone po większej części do fikcji państwo, jakim jest obecnie III RP, może biernie cierpieć i tolerować.

Jeśli chodzi z kolei o manifesty p. Przewdzinga, to nie bardzo pojmuję, jakim to prawem i z czyjego właściwie upoważnienia i mandatu ów pan wypowiada się w imieniu całego Śląska, a tym bardziej Małopolski, Wielkopolski i innych „regionów”! Niech się łaskawie ograniczy co najwyżej do roli reprezentanta swojej rodzinnej Opolszczyzny, tym bardziej, że i noszone przezeń imię niekoniecznie współgra z rolą obiektywnego reprezentanta polskich myśli i dążeń. Chyba, że wcale nie o polskie myśli i dążenia tu chodzi….

Doszukiwanie się wzorców do naśladowania w funkcjonowaniu niemieckich landów jest o tyle nieadekwatne, że te polityczno-samorządowe organizmy mają, w odróżnieniu od polskich realiów, bardzo głębokie umocowanie w niemieckiej historii i tradycji politycznej. Podobnie ma się zresztą sprawa i z próbami doszukiwania się takich wzorców na gruncie amerykańskim przez osoby pokroju np. wspomnianego p. Fijora, które, mając z reguły za sobą dłuższy lub krótszy pobyt w USA, „zamerykanizowały” się do tego stopnia, że widziałyby najchętniej swój kraj urodzenia w postaci swego rodzaju Stanów Zjednoczonych Polski. Wystarczy jednak znajomość historii obu państw na poziomie szkoły podstawowej, no może średniej, świadomość całkowicie odmiennej genezy ich powstania i przewodnich motywów ich dziejów, żeby dojrzeć całą niedorzeczność i niewykonalność tego rodzaju pomysłów.

Zresztą, nawet i te stawiane Polakom za wzór niemieckie landy nie zatrzymują dla swoich potrzeb, z tego co mi wiadomo, w żadnym wypadku aż 80 procent podatków – jak by tego chciał p. Władysław Reichelt. Nie jest też w żadnej mierze tak (ani też nie zanosi się w żadnej mierze na to), żeby którykolwiek z nich przejął od niemieckiego rządu federalnego (lub uzyskał odeń stosowną delegację) wszystkie obszary decydowania poza „policją, armią i sądownictwem”. Podział kompetencji między rządem centralnym i Bundestagiem a rządami i parlamentami poszczególnych krajów związkowych nie jest bynajmniej sztywny, ale wysoce elastyczny i oparty na prostej, bardzo praktycznej zasadzie: czym nie zajmują się władze centralne, te sprawy i dziedziny życia zostawia się landom. I choć zakres ich kompetencji i uprawnień jest całkiem spory, realny zakres autonomii tychże niemieckich landów jest nieporównanie skromniejszy od tego, co proponuje p. Reichelt. A trzeba koniecznie tu dopowiedzieć, że chodzi w tym wypadku o państwo autentycznie silne, odgrywające rolę prawdziwego hegemona UE, i co za tym idzie w zasadzie uwolnione od groźby dezintegracji terytorialnej i niekontrolowanego wzrostu dążeń odśrodkowych. Jakiż kontrast w stosunku do obecnego położenia Polski!

„W regionalizacji chodzi o uniezależnienie się od Warszawy, od tego molocha itd…” – przecież takie „uniezależnienie się” równałoby się w istocie całkowitej likwidacji państwa polskiego – wniosek to najzupełniej oczywisty! Podobnie szokują sformułowania o „bardziej (i domyślnie mniej) pracowitych regionach” (dlaczego w ogóle piszę się tu uporczywie: regiony, nie województwa?). Owszem, są województwa bogatsze i uboższe, a nawet, mówiąc wprost, bogate i ubogie, ale nie łączyłbym tego zbytnio ze stopniem zaangażowania i pracowitości ich mieszkańców, raczej z ich potencjałem ekonomicznym i stopniem rozwoju gospodarczego, ze znajdującymi się na ich obszarze bogactwami naturalnymi itd. Owszem, nie można zaprzeczyć, że mieszkańcy niektórych rejonów Polski wykazują wyraźnie większą energię gospodarczą i przedsiębiorczość, osadzoną często w lokalnej tradycji, mentalności czy w wyższej tresurze gospodarczej; z drugiej strony zaś mamy niemałe obszary z ludnością wysoce bierną i gospodarczo nieruchawą, co może być chociażby skutkiem długoletniej jej egzystencji w systemie pegeerowskim.

Zamożność jednak nie zawsze idzie w parze z pracowitością. Np. mieszkańcy wschodnich województw rolniczych są przeciętnie znacznie mniej zamożni od mieszkańców zdecydowanie lepiej rozwiniętej gospodarczo Małopolski, Dolnego Śląska czy Wielkopolski nie z powodu swej wyraźnie mniejszej pracowitości czy zaradności, tylko wyłącznie wskutek wyjątkowo niszczycielskiej polityki rolnej kolejnych rządów III RP. Czy mamy zatem porzucić ich całkowicie na pastwę losu w imię postulowanej przez p. Reichelta „konkurencji regionów”, na zgubę ich samych, a zarazem szkodę całego kraju (jako że państwo polskie bez obrony i odbudowy własnego, silnego rolnictwa nie ma w praktyce szansy przetrwania). To jest w istocie utożsamianie polityki z handlem! Tego rodzaju postulaty nie wyszłyby z całą pewnością z ust autentycznego polskiego patrioty.

Sprawdźmy zatem, tak dla wszelkiej pewności, kim jest p. Władysław Reichelt. Z pomieszczonego w Wikipedii jego krótkiego biogramu można m.in. wyczytać, iż pierwszy prezes Unii Wielkopolan Władysław Michał Reichelt był posłem I kadencji Sejmu III RP z ramienia Kongresu Liberalno-Gospodarczego. Już po uwzględnieniu tylko tego jednego wycinka życiorysu p. Reichelta, spojrzymy zapewne na te jego wynurzenia zupełnie inaczej, z dużo większą przenikliwością i ostrożnością. Ta nasza ostrożność jeszcze bardziej się wzmoże, gdy sięgniemy po nazwiska pozostałych głównych założycieli wymienionej organizacji. Są nimi: Jan Kulczyk, Michał Bernard Wojtczak oraz Wojciech Kruk. Kulczyka nie trzeba chyba przedstawiać. Wojtczak to znany biznesmen i zarazem w jednej osobie wiceminister rolnictwa, a następnie przemysłu w rządzie T. Mazowieckiego. Z kolei Kruk, to tak samo biznesmen (jubiler), członek Polskiej Rady Biznesu oraz senator I, II i III kadencji z ramienia KLD a potem Unii Wolności, następnie zaś aktywny działacz PO. Już tylko w kontekście wymienionych nazwisk profil i faktyczne cele tejże Unii Wielkopolan (przez długie lata stojącej oficjalnie na stanowisku utrzymania integralności terytorialnej państwa polskiego) rysują się co najmniej niewyraźnie z punktu widzenia polskiej racji stanu.

Sięganie więc przez p. Cukiernika po tego rodzaju persony, dla podparcia i praktycznego uzasadnienia lansowanej przezeń tezy, stawia w mocno nieciekawym świetle zarówno jego własną osobę, jak i cały Kongres Nowej Prawicy, w którego imieniu wyraźnie przemawia. Tak samo zresztą, jak owo wytłuszczone zdanie: „Już w okresie Polski dzielnicowej mało było wojen, a gospodarka się rozwijała”. Z tej osobliwej wykładni dziejów Polski można by jako żywo wysnuć taki oto wniosek, że przezwyciężenie rozbicia dzielnicowego i ponowne zjednoczenie kraju przez Władysława Łokietka, przy wsparciu całego świadomego polskiego żywiołu, było właściwie błędem, było wręcz w pewnym sensie krzywdą zrobioną Polsce – lepszym rozwiązaniem byłoby dalej trwać w tym kompletnym politycznym rozbiciu. Nieważne, że traciliśmy na rzecz zaborczych sąsiadów kolejne ziemie. Jedyne co naprawdę ważne – że gospodarka się rozwijała, choćby pod obcym panowaniem… Ale najważniejsze jest, że można przecież ten „błąd” jeszcze naprawić i bez zbędnej zwłoki podzielić Polskę na „samodzielne gospodarczo”, odpowiednio duże regiony, a zacznie się nam (mowa zwłaszcza tu o mieszkańcach regionów bogatszych i „pracowitszych”) rychło żyć lepiej…

Do takiegoż dzielnicowego podziału doprowadziłaby też nieuchronnie postulowana przez KNP i osobiście przez JKM autonomia gospodarcza „regionów”, nawet przy początkowym, oficjalnym wyłączeniu jakichkolwiek elementów autonomii politycznej. Są to bowiem w istocie płaszczyzny ściśle powiązane ze sobą i jedna musi pociągnąć za sobą nieuchronnie drugą, zwłaszcza w momencie dzisiejszej ogromnej słabości polskiego państwa, a ściślej jego namiastki.

Zastanówmy się tak na trzeźwo, praktycznie, jak by realnie funkcjonowała owa „strefa wolnościowa” czy też „polski Hongkong”, zbudowany według zaleceń p. Fijora. Owa formuła państwa minimum pozostawiłaby w rękach rządu centralnego tylko bezpieczeństwo wewnętrzne (policja), zewnętrzne (wojsko), sprawiedliwość (sądownictwo) oraz politykę zagraniczną. WP istnieje obecnie prawie że tylko na papierze. Sądownictwo, nie dość, że jest toczone ogromnymi patologiami, to zostało już wplątane w system unijny przez zwierzchność różnych europejskich, ponadnarodowych trybunałów, tym bardziej polityka zagraniczna, która jest polską już tylko wyłącznie z nazwy. Jaka zatem byłaby realna zwierzchność Warszawy nad owym „polskim Hongkongiem”? Czy zapewniłoby ją samo utrzymanie na tym terenie tych kilkunastu czy kilkudziesięciu posterunków polskiej (nominalnie) policji? A co by się stało, gdyby tym „polskim Hongkongiem”, leżącym, jak wskazuje jego lokalizacja, bardzo blisko lub wprost przylegającym do niemieckiego terytorium, zainteresował się „przyjaźnie” ów potężny sąsiad, skierował tam odpowiednie inwestycje, poprawił w ten sposób dobrobyt mieszkańców, a ci w reakcji na te dobrodziejstwa przegłosowaliby w ramach jak najbardziej demokratycznego referendum zmianę jego przynależności państwowej. Jakim to sposobem można by było zapobiec tej secesji? A może panowie „wolnościowcy” nie tylko by nie protestowali, ale jeszcze by życzyli szczęścia na nowej drodze życia świeżo upieczonym obywatelom niemieckim?

Tak to sprawy te wyglądają nie w ładnie brzmiącym manifeście, ale w rzeczywistości . Głoszenie w obecnych uwarunkowaniach postulatów regionalizacji Polski równa się przykładaniu ręki do posuwającego się demontażu polskiej państwowości, niezależnie od tego, że deklaruję się nawet oficjalnie pobudki „wolnościowe” tej postawy i daleko posunięty dystans względem regionalizmu napędzanego na Brukselę. W praktyce na jedno i to samo wychodzi.

A jeśli chodzi o rozwój autentycznego samorządu i realne zbliżanie władzy do ludzi, to dlaczego nie zaczynać raczej od gminy (czy też, w razie wystąpienia takiej potrzeby, od związków gmin) i pod tym właśnie kątem odpowiednio zmodyfikować system podatkowy.

Jan Matusiewicz

Dodano: 30.11.2013 r.
 
 
 


KOMENTARZE

  • @Autor
    Rozumiem argumenty, one mają swoje uzasadnienie. Tylko, czy nie obawia się Pani, że te autonomie, nie przyczynią się do rozpadu Polski Dzielnicowej,
    co już w historii przerabialiśmy po śmierci księcia Bolesława Krzywoustego?
  • @Jan Szczepanik 14:05:28
    Bardzo się obawiam. Uważam, że dezunitaryzacja Polski zakończy się dla naszego kraju tragedią. Właśnie dlatego przedrukowałem oba te przeciwstawne teksty, żeby pokazać miażdżącą, moim zdanie, argumentację Jana Matusiewicza.
    Decentralizować można w bezpieczny sposób:
    http://www.konserwatyzm.pl/artykul/1135/w-odpowiedzi-panu-piotrowi-kalinowskiemu
    Model forsowany przez RAŚ, "Gazetę Wyborczą" i KNP (cóż za egzotyczna koalicja w tej sprawie) całkowicie odrzucam.
  • @Jan Szczepanik 14:05:28
    Poza tym:
    a) nie jestem kobietą;
    b) jak zauważyłem, na tym portalu przyjęło się dyskutować na "Ty" i taka też forma zwracania się do siebie obowiązuje na moim blogu.

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

ULUBIENI AUTORZY

więcej